In persona Christi
Arcybiskupa Życińskiego niegdy nie lubiłem. Nawet, gdy byłem katolikiem. Nawet, gdy byłem lewicującym katolikiem. Nie było w tym nic osobistego, po prostu niezwykle irytował mnie jego sposób mówienia, niemal tak, jak irytuje mnie malkontencka nuta pani Paradowskiej. Nie byłem w stanie wysłuchać żadnego jego kazania czy przemówienia. Na szczęście – jako katolik – należałem do zupełnie innej diecezji, więc jedyne moje kontakty były via TV. A odbiornik mój wyposażony jest w takie sprytne urządzenie zwane pilotem, więc jak widziałem bpa Życińskiego, to pstryk-go.
Tak czy inaczej nie wiem, czy pan Braun powiedział prawdę mówiąc że biskup kłamał i łajdaczył.
Rozczulił mnie natomiast pan Michał Karnowski, swoją drogą bardzo sympatyczny dziennikarz, gdy stwierdził:
że żaden katolik nie powinien tak mówić o żadnym księdzu czy biskupie. Polemizować można, zwłaszcza kiedy osoby duchowne wchodzą (i dobrze!) w obszar dyskusji o sprawach publicznych. Ale obrażać, wyzywać, nie można. Wierzymy bowiem przecież w Święty Powszechny Kościół Apostolski. I warto pamiętać, że z kapłanami tego Kościoła dyskutujemy *).
Taaak, przypomina się pieśń z dzieciństwa, zaraz, jak to szło? … święte dłonie kapłana...
Kto by pomyślał, że po tylu wiekach odżyje w Kościele kontrowersja donatystów wchodząc jakby na wyższą oktawę. Wółczas Kościół zadecydował, iż nieważne jakim kapłan jest łajdakiem i kłamcom, jeśli nie pomyli się przy sakramentalnej formułce – sakrament jest ważny. Kapłan działa bowiem In persona Christi. Przesympatyczny pan Michał Karnowski zdaje sie jednak iść znacznie dalej! Odnosze wrażenie, że jego zdaniem abp Życiński również kłamał In persona Christi!
A wydawało mi się, na podstawie laickiej lektury Listów do Tymoteusza, że chrześcijanie pasterzom swoim stawiają raczej wyższe wymagania, czyż nie? To skąd pomysł, że o łajdactwie biskupa należy mówić posługując sie eufemizmami?
Gdybym zaczął tu rozpaczać nad zepsuciem i hipokryzją Kościoła byłbym takim samym hipokrytą jak wielu lewaków rozpaczających nad upadkiem znienawidzonego wroga. No cóż, powiem szczerze, ja z tego upadku się jakoś tam cieszę. Martwi mnie tylko odmóżdząjący wpływ tegoż Kościoła na polską prawicę (w tym przesympatycznego pana Karnowskiego). Niewiedzieć czemu utarło sie, że chrześcijaństwo ma coś wspólnego z prawicą, a prawica z chrześcijaństwem.
Fakt, że wzorowy katolicko-prawicowy publicysta poczytuje za swój obowiązek zakłamywać własne myślenie i język, gdy mówi o własnym pasterzu jest dla mnie wyjątkowo wymowny.

