Kościelne czarymary
Gdy czarownik, zamierzając sprowadzić zagładę na sąsiednią wioskę, wykona złowrogi rytuał, a wioska nadal stoi jak stała, musi jakoś nieskuteczność swej magii wytłumaczyć. Że rytuał nie działa przyznać nie może, rytuały są wszak jego jedynym narzędziem pracy, jakże by zarabiał na miskę ryżu, gdyby się okazało, że to, co potrafi nie jest nic warte. Stwierdza zatem, że rytuał jest dobry, starożytny i potężny, ale coś z nim było nie tak. Albo krowa, którą zaszlachtował miała jakiś feler (sprawdzają, faktycznie, nie miała jednego zęba, i to tego magicznie najważniejszego), albo w czasie czarów ktoś z uczestników myślał o seksie (na pewno ktoś myślał), albo – gdy ma trochę samokrytycyzmu, albo gdy tłumaczy się sam przed sobą – że to czarownik coś pomylił. Zamiast ‘trudatrudamelekecze’ powiedział ‘trudatrudamelekecie’, zamiast odwrócić się przez prawe ramię podskakując na lewej nodze, podskakiwał na prawej, albo na obu. Pomyłka, rzecz ludzka, zdarza się każdemu, garncarzowi, rybakowi, cieśli, wybaczą więc i czarownikowi.
Z czymś podobnym mamy do czynienia, a przynajmniej ja nie potrafiłem się uwolnić od tego skojarzenia, w coraz popularniejszej w Kościele praktyce unieważniania małżeństw. Oto Józio i Zuzia, w najlepszej wierze zawierają Święty-jak-cholera Sakrament Nierozerwalnego Małżeństwa. W którymś momencie stwierdzają, że ten nierozerwalny związek jakoś tak im się rozlatuje, że zamiast obrazem odwiecznej miłości Chrystusa do jego Kościoła staje się obrazem miłości Izraelitów do Amalekitów. Cóż robi wówczas ich Mateczka-Kościół? Orzeka, że małżeństwa nigdy nie było! Dlaczego nie było? Bo tak naprawdę istniała kanoniczna przeszkoda w jego zawarciu (choćby i psychiczna niedojrzałość jednego z małżonków, albo to, że on tak naprawdę nigdy nie chciał mieć dzieci, albo ona jest innej ateistką, co skrzętnie ukrywała, albo on nie wiedział, że małżeństwo można mieć tylko z jedną kobietą, albo… więcej), o której wówczas nie wiedziano. Teraz już wyszło szydło z worka, rytuał został wykonany nieprawidłowo, związek małżeński nie został rozerwany (bo nierozerwalnego nie można rozerwać) – go nigdy nie było!
Okazuje się, że to praktyka coraz częstsza. I to od dłuższego czasu: "Boom na rozwody kościelne trwa od kilku lat. W samej archidiecezji warszawskiej liczba spraw w ciągu 10 lat wzrosła z 300 do 400 rocznie." – oczywiście dziennikarz Rzepy popełnił błąd, nic takiego jak rozwód kościelny nie istnieje. To stwierdzenie nieważności, niezaistnienia, niebyłości, nieprawdziwości tego, co było. Tfu!… tego, co wydawało się, że było, a tak naprawdę nie istniało, czyli małżeństwa.
W zasadzie można by wzruszyć ramionami, i stwierdzić, ech, ludzka ta władza kościelna, umożliwia ludziom rozpoczęcie nowego życia, i do tego w zgodzie z Kościołem. Trudno krytykować ją za to co robi, ale nóż się w kieszeni otwiera ze względu na to jak robi. Oto najczystszej wody fikcja prawna. To nic, że dwoje ludzi realnie dzieliło ze sobą stół, portfel i loże, że mają dzieci, że byli cały czas uznawani przez państwo i społeczność za małżeństwo. Kościół teraz orzeka, że to wszystko była nieprawda! Małżeństwem nie byli! To czym byli? Jak zwykle – nędznymi grzesznikami uprawiającymi seks przedmałżeński i płodzącymi bękarty!
Zamiast, jak to bywało i bywa w świecie cywilizowany przyznać, że to małżeństwo było, się skończyło, teraz zawieramy nowe, karze nam się wierzyć, że widzieliśmy dawniej fatamorganę, a nie małżeństwo. Rozumiem, że Kościół przyjął normę, iż małżeństwo jest nierozerwalne. Ma do tego prawo. Ma prawo iść, albo nie iść na ustępstwa w stosunku do rzeczywistości. Ale dlaczego, chcąc iść na takie ustępstwo, wybrano formę jej zaklinania, zakłamywania? Należało, w momencie rozpadu związku stwierdzić: popełniliście straszliwy grzech, rozerwaliście to, co Bóg związał, a człowiek nie powinien rozwiązywać. Ale możecie stanąć w tamtej kolejce i jak przyjdzie na was kolej, zapłacicie ‘co łaska’ w kwocie 10 tys. złotych (tyle to ponoć dzisiaj minimalnie kosztuje, według Rzepy), i biskup da wam oficjalne rozgrzeszenie. Byłoby prawie tak jak dzisiaj, a przynajmniej dzieci czułyby się dziećmi prawdziwych rodziców, to, co dobrego było w starym związku nadal byłoby wspominane jako dobre i prawdziwe, a nie jako nieświadomy grzech.
To zakłamywanie idzie też w drugą stronę: osoby, które nie znalazły żadnej okoliczności umożliwiającej ‘stwierdzenie niezaistnienia’ tego co było, pozostają małżonkami do końca życia, choćby dzielili stół, portfel i łoże z kimś zupełnie innym, mieli z kimś innym dzieci i wiedli szczęśliwe życie w zgodzie ze społecznością. Ten drugi związek nigdy nie zostanie uznany za małżeństwo (no, przynajmniej do czasu śmierci poprzedniego małżonka).


BXVI też zaczyna się niecierpliwić. http://www.rp.pl/artykul/42,598348.html
Raczej nic z tego nie będzie. Księża nie zaryzykują, iż ich owieczki będę żyć w grzechu. No i mieliby pogardzić “co łaska”?