Paweł Lisicki, czyli Third Quest dla opornych, cz.2

 

Paweł Lisicki kontynuuje aplikowanie ortodoksyjnym katolikom szczepionki przeciw wirusowi, jakim jest współczesny nurt badań naukowych nad Biblią. Tym razem podnosi poprzeczkę. O ile w poprzednim artykule bronił jedynie możliwości narodzin Jezusa w Betlejem, to tym razem podejmuje się wykazać, że Łukaszowa opowieść o wędrówce na spis  ludności ogłoszony przez Augusta dla całego świata (o którym historia nic nie wiem), zorganizowany w Judei przez Kwiryniusza, gubernatora Syrii (który w tamtym czasie gubernatorem Syrii nie był), za panowania Heroda (czyli króla sprzysiężonego Rzymu) nie jest fikcją literacką, a przynajmniej, nie jest zupełnie nieprawdopodoba.
Swój artykuł kończy słowami:

„żaden z argumentów na rzecz prawdziwości Łukaszowego opisu narodzin nie brzmi nieprawdopodobnie. Doskonale zgadzają się one z tym, co wiadomo o funkcjonowaniu rzymskiego państwa, sposobie pobierania podatków czy życiu jego poddanych. Ktoś powie, że to tylko suma prawdopodobieństw. To prawda. Ale suma, która przemawia za Łukaszem, a nie przeciw niemu”.

Czy rzeczywiście? Zobaczmy.
Ostatnio chwaliłem autora, że nie posuwa się tak daleko, jak Jan Lewandowski… Jedynym elementem, który dodaje cokolwiek do argumentacji tego ostatniego, jest nawiązanie do znaleziska z Wadi Nahal Hever (Groty listów). Wśród domowego archiwum Żydówki Babaty, ukrytego prawdopodobnie w czasie powstania Bar-Kohby (132-135 r.n.e.). Wśród papierów znaleziono „zeznanie podatkowe” Babaty (papirus 16). Dowodzi to, iż kobieta mogła wówczas dysponować własnym majątkiem, stąd argument, iż Miriam, matka Jezusa musiała poddać się spisowi.

„A teraz najważniejsze: by złożyć deklarację podatkową, Babata musiała udać się do położonej o dwa dni drogi od Maozy, czyli ok. 40 km, miejscowości Rabbath Moab, mimo że stolicą administracyjną okręgu, gdzie leżało jej miasto ojczyste, była stolica prowincji Petra”,

najprawdopodobniej dlatego, że właśnie tam znajdował się ówczesny „urząd podatkowy”. Nie ma w tym nic dziwnego. Rabbath, nawet, gdyby trzeba by było obejść Morze Martwe, a nie przepłynąć, leży o jakieś 100 km bliżej niż Petra, która znajduje się mniej więcej tak daleko, jak odległość między Nazaretem, skąd wyruszyli Józef z Maryją według Łukasza do Betlejem. Trasę tę wyjaśnia Lisicki posiadaniem gruntów właśnie w tym rejonie. Okazuje się więc, że Maryja była właścicielską ziemską, a nie jakąś tam ubogą żoną zwykłego cieśli (ściślej, greckie słowo tekton oznacza kogoś, kto obrabia drewno lub kamień, kto pracuje przy budowach, robotnika). Załóżmy jednak życzliwie, że faktycznie miała ona jakieś nieruchomości w Judei. Trzeba by jeszcze dowieść, że w owym czasie istniał w Betlejem urząd podatkowy (co wydaje się wysoce wątpliwe, z powodu bliskości Jerozolimy). Tymczasem archeolodzy (np. Aviram Oshri) mają problem, by wykazać dla tego okresu jakiekolwiek ludzkie osadnictwo!
Ale wszystkie te rozważania mają jakikolwiek sens tylko wówczas, gdy przyjmiemy, że odbył się wówczas rzymski spis, (przymykając oko na tę okoliczność, że nie był to spis ludności, organizowany według miejsca pochodzenia jak twierdzi Łukasz, ale majątków, organizowany, według miejsca ulokowania tych nieruchomości). Aby to uprawdopodobnić apologeci chrześcijańscy zwykle starają się pomniejszać na wszelkie sposoby autonomię Heroda. Lisicki posuwa się w tym do nazwania go władcą marionetkowego królestwa. Chętnie poczytałbym, na jakich źródłach, poza własnymi szczerymi chęciami, opiera takie przekonanie. Jego własnym wkładem do badań nad statusem politycznym owegoż dominium jest porównanie go do satelickich państw Związku Sowieckiego. Jedynym argumentem, jaki przytacza, jest opisana przez Flawiusza historia ze zmianą testamentu Heroda przez Augusta. Tyle, że działo się to już po śmierci naszego rzekomo marionetkowego władcy, co więcej, wydaje się, że w pełni mieściło się w pojęciu króla sprzymierzonego. Znacznie lepszym porównaniem byłyby raczej stosunki feudalne. Wasal podlegał seniorowi jako osoba, i wykonywał jego polecenia na wyprawie wojennej, w kwestiach militarnych, ale przecież senior nie wydawał poleceń dotyczących urządzenia zamku wasala. Tymczasem coś takiego sugerują apologeci. W czasie, gdy żyje jeszcze Herod, żyją jego synowie – prawowici spadkobiercy, August ma zarządzać na jego terytorium spis ludności i przysyłać w tym celu swojego urzędnika. Czy aby wprowadzić podwyżki cen w PRL-u trzeba było wysłannika z Moskwy? Nawet czerwoni nie posuwali się do takiego braku taktu. Po to właśnie istnieją państwa satelickie i wasalne, by nie kłopotać sobie głowy ich zarządzaniem. Skuteczność tego rozwiązania była naszym doswiadczeniem 13 grudnia roku pamiętnego.
Lisicki zapytuje: „

Czy w tej sytuacji może dziwić, że widząc nadchodzącą śmierć Heroda, August postanowił sprawdzić, jakimi zasobami dysponuje jego sprzymierzeniec?”

Odpowiadam: wprawia mnie to w bezbrzeżne zdumienie. Po pierwsze dlatego, że te rzekomo rzymski spis (autor powoduje się na podobieństwo z „formularzem podatkowym”  Babaty) dotyczyć miałby ludzi, którzy nie podlegali zgodnie z rzymskim prawem obowiązkowi podatkowemu względem Rzymu. Po drugie, gdyż spis taki musiałby być powszechnie odczytany, jako cios w autonomię nie tylko i nie tyle Heroda, ale Żydów jako narodu, co z konieczności musiało by prowadzić do buntu i zamieszek, jak przy okazji faktycznego spisu Kwiryniusza. Po trzecie, że Flawiusz, jak mało który historyk znający z autopsji realia żydowskie nic o takim spisie się nie zająknął, chociaż szczegółowo opisuje dużo błahsze incydenty w relacjach rzymsko-żydowskich. Po trzecie, że chrześcijanie, aby zatuszować niewielką wprawdzie jak na historyka, ale nie wybaczalną jak na autora, któremu sam-Pan-Bóg na ucho szeptał co ma w świętej ewangelyi napisać, pomyłkę, gotowi są wierzyć w taki zbieg zbiegów okoliczności.
Zresztą, nie będę się powtarzał, pisałem już na ten temat o spisie i o samych narodzinach.

Paweł Lisicki, czyli Third Quest dla opornych

W ostatnim „Uważam rze” Paweł Lisicki podejmuje odważną próbę obrany przekazu ewangelicznego dotyczącego narodzin Jezusa. Należą się autorowi najpierw gorące pochwały za to, że nieco krytycznej wiedzy z biblistyki nurtu Third Quest konserwatywnym czytelnikom przekazuje referując do tego dość rzetelnie główne argumenty na rzecz stanowiska, jak sam przyznaje, wśród biblistów dominującego. W biblistyce ostatnich dwudziestukilku lat dzieją się bowiem rzeczy niezwykle ciekawe: po pierwsze, wprzęga ona na niespotykaną dotąd skalę rezultaty badań innych dziedzin (przede wszystkim wyniki badań historyków judaizmu międzytestamentalnego, ale też antropologów porównawczych czy socjologów religii), po drugie zaś, traci ona swój dawny charakter wyznaniowy zyskując znacznie na naukowej obiektywności. Nie należy naturalnie przekładać rozumienia „obiektywności” z nauk przyrodniczych na nauki historyczne. Jak słusznie zauważa Lisicki, chodzi jedynie o przedstawianie kolejnych hipotez (gdyż pewnego o Jezusie nie wiadomo zbyt wiele), z których każda kolejna winna stanowić lepsze wytłumaczenia danych, czyli być kolejnym przybliżeniem do prawdy.
W swoim tekście autor nie ustrzegł się jednak pewnych tendencyjnych interpretacji. Z faktu, że ciągle zdarzają się badacze podważający dominujące stanowisko (np. dotyczące chronologii powstania ewangelii) czyni argument osłabiający tezy całego nurtu, podczas gdy jakimś cudem wyłączone spod tego osłabiającego wpływu okazuję się badacza wyrażające stanowisko, z którym autor sympatyzuje, ich bowiem wnioski przedstawia jakby to były właśnie „prawdy objawione”. Otóż nie są.
Przechodząc do meritum, chciałbym odnieść się do kilku argumentów Lisickiego.
 Po pierwsze niezbyt elegancką manierą jest przytoczyć listę argumentów przeciw danej tezie, by potem się z nimi lekko rozprawić sformułowaniem, iż „są słabe”. Otóż słabe wcale nie są. Chyba, że Lisicki zamierzał jedynie bronić tezy iż Jezus mógł się urodzić w Betlejem. Wydaje się jednak, że w bronionej przez niego „twierdzy” poza tym elementem znalazła się i opowieść o spisie ludności, i rzeź niewiniątek, i ucieczka do Egiptu, i narodziny w grocie wśród pasterzy, i odwiedziny magów. Żadnych argumentów za spisem ludności Lisicki nie przytacza, co poczytuję mu za zdrową ostrożność (argumenty przeciwko spisowi ludności czytelnik znajdzie na stronie kritikos.pl). Gdyby próbował, jak to czyni Jan Lewandowski, dowiódłby po prostu, w na jakim historycznym chciejstwie opiera się cała ta konstrukcja. Spisu bowiem wówczas nie było i być nie mogło (odsyłam do osobnego artykułu). Podobnie wymysłem jest opowieść o rzezi niewiniątek. Herod miał wokół siebie wystarczająco wielu nienawidzących go gorąco wrogów, by opowieść o takiej zbrodni przetrwała, tymczasem nie znajdujemy jej nigdzie poza Mateuszem, ani u Flawiusza, ani w Talmudzie, ani nigdzie indziej. Faktem jest, i może to ten fakt jakoś odbija się w tej bajce, iż Herod, kierując się podejrzliwością, kilkoro dzieci uśmiercił, ale były to dzieci wyłącznie z jego własnej rodziny (no i nie jestem pewien, że były to niemowlęta, równie dobrze mogli to być po prostu krewni w wieku dojrzałym). Czyżby Jezus należeć miał do rodziny Heroda? Opowieść ta jest zresztą wyraźnym przeniesieniem znanego midraszu (choćby z Flawiusza) o narodzinach Mojżesza, który również miał zostać rozpoznany jako zagrożenie przez kapłana królewskiego w przepowiedni dla faraona, co zapoczątkowało „rzeź niewiniątek” w Egipcie.
 Lisicki zadaje pytanie, czy środowisko, w którym powstała ewangelia Jana mogło nic nie wiedzieć o Betlejem, jako miejscu narodzin Jezusa, skoro dzieło to miało powstać po ew. Mateusza i Łukasza? I argumentuje, że fakt, iż Jan, ustami ziomków Jezusa umiejscawia jego narodziny w Galilei ma być zabiegiem ironicznym. Odpłacę Pawłowi Lisickiemu jego monetą: wyjątkowo to słabe. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Jan w wielu miejscach wprost polemizuje z tradycją synoptyczną, koryguje jej błędy, np. odnośnie lokalnych Jerozolimskich uwarunkowań, więc przyjmowanie, iż ta kolejna korekta miała by być dla odmiany nie korektą, ale ironicznym potwierdzeniem, nie wytrzymuje krytyki.
 Fakt, że nie da się uzgodnić opowieści Mateusza i Łukasza ma być zdaniem autora argumentem za ich wiarygodnością. Mały sofizmat się tu wkradł. Faktycznie mogłoby to być argumentem, na rzecz tego, iż coś mogło narodziny Jezusa z Betlejem łączyć (na rzecz tego i wyłącznie tego), ale już absolutnie nie na rzecz historyczności całych ewangelii dzieciństwa. Nie da się bowiem wyruszyć jednocześnie w dwóch kierunkach.
 Ciekawszy jest argument Lisickiego, iż opowieść o Betlejem nie została wymyślona, gdyż nie była potrzebna dla uwiarygodnienia roszczeń mesjańskich. Przytacza dla przykładu inne mesjańskie i mesjanoidalne postaci owych czasów, z których żadna nie wywodziła się z Betlejem podnosząc swoje roszczenia. Słusznie zauważa, że mesjańska interpretacja Mi 5,1 jest dziełem chrześcijańskim. A jednak porównanie Jezusa z innymi mesjaszami nie jest według mnie trafionym argumentem, a to z dwóch względów. Po pierwsze, mamy dwa modele mesjańskie (z grubsza): żydowski i chrześcijański. Większość Żydów oczekiwała od mesjasza, iż doprowadzi do ich tryumfu nad Rzymem i ci mesjasze do tych oczekiwań się odwoływali. Tego zresztą również oczekiwano od Jezusa (a nie wykluczone, że i jego zamierzenia wpisywały się w ten nurt). Po tym, jak mesjasze ci ponieśli klęskę, było jasne, iż mesjaszami prawdziwymi jednak nie byli. Koniec sprawy. Tymczasem chrześcijanie uparli się, iż ich mesjasz jest mesjaszem prawdziwym i to mimo porażki — stąd właśnie konieczność łapania się absolutnie wszystkiego, aby potwierdzić to mesjaństwo. Argument Lisickiego byłby trafny, gdybyśmy mieli jakikolwiek wiarygodny ślad, iż Jezus powoływał się na swoje Betlejemskie korzenie za swego życia, w trakcie podnoszenia swych mesjańskich roszczeń. Niczego takiego nie ma. Nie ma żadnego sygnału sugerującego, iż Jezus, bądź jego rodzina czy uczniowie nie akceptują wywodzenia pochodzenia Jezusa z Nazaretu.
 Zupełnie pokraczny (albo dla mnie niezrozumiały) jest argument, iż za prawdziwością tych historii ma świadczyć, iż obaj (Mt i Łk) opierali się na Marku i mieli to czynić dość wiernie. Skoro przepisując od Marka wykazali rzetelność, dlaczego mieliby wymyślać jakieś bajki? Co do tej rzetelności, to można by dyskutować (zwłaszcza odn. Mt), korzystali przecież również ze źródła Q, z równie rozmaitą “rzetelnością”, ale z tym mniejsza. Odpowiedź jest dziecinnie prosta: tam gdzie coś wiem, opieram się na tym, co wiem, chwytam sie tego i pilnuję, by mi nic nie umknęło, chyba, że jest to coś dla mnie bardzo niewygodnego. Tam jednak, gdzie niczego nie wiem, a wypada, abym wiedział (piszę wszak „biografię”), zmyślam. Proste?
 Rozstrzygającym argumentem miałoby być (jest dla Lisickiego) źródło Łukasza (już nie Mateusza?), jakim ponoć miała być Maryja, co sugerują wzmianki w trzeciej ewangelii, iż „zachowywała wszystko w swym sercu”. Czy to dowodzi, iż Łukasz opierał się na relacjach Maryi, czy jedynie, że chciałby nam to zasugerować? Dla mnie jest to teza wątpliwa z następującego powodu. Łukasz wywodził się z tradycji Pawłowej. O czym większość zjadaczy chleba niedzielnych kazań nie wie, ale Paweł Lisicki powinien wiedzieć, Paweł znalazł się w ostrym konflikcie z gminą Jerozolimską (na której czele stał Jakub, brat Jezusa). Choć podjął próby pogodzenia się z Jakubem i s-ką, nie powiodło się to z przyczyn obiektywnych (został aresztowany, w więzieniu zaś chrześcijanie tym razem nie raczyli go odwiedzić). Założone przez niego gminy przez kolejne dziesięciolecia miały status podejrzany, by nie powiedzieć heterodoksyjny. Ewangelia Łukasza jest ich pierwszą próbą otwarcia się na resztę chrześcijan, próbą, która stała się możliwa po tym, jak gmina jerozolimska uległa rozbiciu w wyniku powstania z roku 70 i wcześniejszej śmierci Jakuba. Krótko mówiąc: aby doprowadzić do spotkania Miriam i Łukasza trzeba by skonstruować opowieść o podobnej wiarygodności, jak opowieść o ucieczce do Egiptu i wędrówkach magów. Jestem pewien, że chrześcijanie to potrafią, tej zdolności dowodzili nie raz. 

Interpretatio pagana

 

Słowiański tarot” to jest New Age. Sorry, katolicka obrzędowość ludowa ma więcej wspólnego z pogaństwem.
Feanaro
Często mijam przydrożną figurę Maryi. Niemal zawsze pali się pod nią znicz, liście zagrabione, czasem jakieś świeże kwiaty. To zgarbiony dziaduniek, niezależnie od pogody przyjeżdża na rowerze i zapala. Myślę sobie, że w gruncie rzeczy jest on w większym stopniu politeistą niż coponiektórzy greccy filozofowie. Gdy go widzę, to zadaję sobie pytanie: co pogaństwo ma do powiedzenia ludziom takim jak on? Pomijam, że nikt od pogaństwa nie oczekuje teraz powiedzenia czegokolwiek, a z pewnością nie ten dziadek. Ale ten dziadek ma zapewne kochających wnuczków, niektórzy z nich może nie będą przekonani do katolickich dogmatów, ale będą bronić katolicyzmu jako “polskiej Tradycji”.
Jak pisałem w Tako rzecze Zaratustra, nie wierzę, by pogaństwo mogło stać się w Polsce przyszłości religią masową, zapewne pogaństwo w takiej formie, jaką przyjęło dzisiaj pozostanie elitarne, chyba że…
Gdy spoglądamy na historię różnych religii, to (tak mi się przynajmniej wydaje) częstokroć ich sukces zależał od tego, jak potraktowały swych poprzedników. W tym kontekście przychodzą poganinowi na myśl przede wszystkim historie, jak pogaństwo zostało potraktowane przez chrześcijaństwo, przypominają się rabunki świątyń, niszczenie posągów, mordowanie wyznawców, przymus, ogień i miecz. Ale oprócz tego, przecież stosunek ten polegał na zawłaszczaniu. Pisał o tym Feanaro, pisał o tym Viking – sprawa jest powszechnie znana. Sądzę jednak, że warto zadać pytanie kolejne: nie o to, co nam zrobiono, ale co my im zrobimy ;) .
No właśnie, chodzą mi po głowie dwa pomysły, które chciałbym poddać pod dyskusję.
Religijna rekonkwista
Chodzi mi o strategię polegającą na wykazaniu, że zasadniczo, katolicyzm ludowy, tradycyjny jest pogaństwem, a przynajmniej zawiera mnóstwo pogańskich elementów (żywych!). Nie tyle pokazać, że ten a ten zwyczaj to zapożyczenie (w domyśle: po to, aby zniechęcić do jego kultywowania i w rezultacie wyprodukować może kolejnego fundamentalistę), ale krok dalej: “mój drogi, kult Matki Boskiej Zielnej jest wspaniały, pozwól, że się przyłączę, ale, przy okazji, gdzie w Biblii znajduje się wzmianka o Matce Boskiej Zielnej? A może któryś sobór o nie nauczał? Nie? No widzisz mój drogi, bo tak naprawdę, to po prostu pogańska bogini” – no oczywiście trzeba by to jakoś delikatniej powiedzieć, sam w tej chwili nie wiem jak. Może nawet nie mówiąc ale robiąc? Wiadomo, że ikonografia chrześcijańska częstokroć wzorowała się na pogańskiej. A może by to wykorzystać? Ciekawe, co by pomyśleli chrześcijanie, gdyby grupa pogan grzecznie i dostojnie (bez zbędnej prowokacji) składała ofiary przed posągiem Maryi śpiewając hymny do Demeter/Mokoszy/Leli/ Ostary?
Krótko mówiąc: odebrać wszystko to, co pogańskie, nie przejmując się, że to samo robią chrześcijanie. Wykazać, że wyznawcy pogaństwa nie są przybyszami z innego świata, jakimiś harekrysznowcami, ale że ich wiara wyrasta z tych samych źródeł, co katolicyzmu ludowego (w tym, co w nim ludowe, a nie katolickie).
Interpretatio pagana
Jeszcze radykalniejszym pomysłem jest strategia druga. Dokonać pogańskiej interpretacji katolicyzmu, tak jak Rzymianie odczytywali religię Germanów widząc w niej swoich Bogów, Grecy Egipcjan itd. oczywiście zupełnie nie licząc się z katolicką teologią czy Nowym testamentem, odwołując się natomiast do pobożności ludowej. Przecież katoliccy święci pełnią często te same funkcje, co Bogowie. Sugerowałem już, że Jahwe można by zinterpretować jako Kronosa a Jezusa jako Prometeusza (vide Zmierzch Bogów). Można by spojrzeć jeszcze życzliwiej: Jezus Pantokrator jako Dzeus, który obalił władzę tytana, święty Józef – toż to Hefajstos, Bóg pracujących rękoma, Matka Boska – to Demeter, a Niepokalana – Hestia, święta Katarzyna Aleksandryjska – Atena, święty Antoni i Krzysztof to Hermes, święty Michał – Ares, Jerzy – Herkules, itd. Można by się też zastanowić, czy niektórych świętych nie przejąć, nie deifikować ich, nawet jak nie ma bezpośredniego odpowiednika – np. św. Mikołaj (może zresztą jest odpowiednik, ale nie przychodzi mi teraz do głowy), sł. Juda. Walentemu można by zmienić płeć (nie takie przypadki zna historia) a Walentyna toż to Afrodyta.
Wybaczcie, że odwołuję się do własnego panteonu, ale nie poruszam się tak płynnie w innych, a znacznie ważniejsze jest, aby zrobić to przy pomocy panteonu słowiańskiego. To rodzimowierstwu wszak najbliżej i ma szansę stać się najbardziej masowym nurtem pogaństwa (już jest najliczniejsze).
To, co proponuję, jest podobne i dokładnie przeciwne temu, co zrobił Rodzimy Kośció;ł Polski – oni utożsamiając Świętowita z Jahwe (Allahem i in. mono-bogami) pozwolili, by im własne pogaństwo się zmonoteizowało, te pomysły zakładają spoliteizowanie katolicyzmu.
Nie wiem, czy ma to sens?, czy ma to szansę powodzenia? Gdyby się udało, byłaby to zemsta godna cesarza Juliana – uderzyć w monoteizm przy pomocy katolicyzmu!
Podkreślam, są to dość luźne pomysły, nawet nie szkice projektów, ale może kogoś zainspirują do napisania jakiegoś tekstu lub przynajmniej do dyskusji nt. strategii w stosunku tego, co w katolicyzmie cenne.
 
 

Józef? Hefajstos

Włoska tajemnica

Co jakiś czas docierają do mnie sygnały o kłopotach finansowych różnych Kościołó;w. Czasem mają one związek z koniecznością wypłaty odszkodowań za nadużycia seksualne (jak w pewnych diecezjach USA) ale chyba nie jest to główny problem. W Niemczech na przykład o skandalach seksualnych zrobiło się głośno dopiero niedawno, a o zamienianiu świątyń w kawiarnie słyschać już od dawna.

Mimo wszystko, jakoś nie przypominam sobie tego typu alarmistycznych wieści z Włoch (choć dochodziły mnie sygnały z takich katolickich krajów jak Irlandia czy Francja). Czyżby Włosi byli bardziej odporni na sekularyzację? Chętniej i więcej łożyli na tacę?

Tajemnica wyjaśniła się przy okazji bieżącego kryzysu. Szukając pieniędzy wszedzie, gdzie się da, przyjrzano się również włoskiemu Kościołowi. I co się okazało?

Kościół, zwolniony z podatku od nieruchomości w przypadku miejsc kultu, szkół, domów opieki etc., bezprawnie rozciąga ten przywilej na budynki, w których prowadzi działalność komercyjną.

Telewizja RAI pokazała film zrobiony ukrytą kamerą, z którego wynika, że wiele należących do organizacji kościelnych „domów dla księży” czy „domów pielgrzyma” w rzeczywistości działa jak hotele, wynajmując pokoje turystom. Prasa ujawniła dokument, w którym komisja rzymskiego Senatu szacuje, że dzięki takim i podobnym praktykom miasto straciło w 2009 r. 25 mln euro (podatek od nieruchomości jest podatkiem ściąganym przez gminy).

Tygodnik „L’Espresso” wyliczył, że w ten sposób włoski Kościół oszczędza, a budżety gmin tracą 700 mln euro niezapłaconych, a należnych podatków rocznie. Co więcej, prowadzące ukryty biznes organizacje kościelne nie płacą podatku dochodowego od osób prawnych, na czym według szacunków popularnego „L’Espresso” budżet państwa ma tracić dalsze 800 mln euro rocznie.[...]Abp Cesare Nosiglia z Turynu, reagując na sensacyjne doniesienia mediów, że 20 proc. wszystkich włoskich nieruchomości należy do Kościoła i jego organizacji, stwierdził: „Zarządzamy majątkiem, który nie przynosi dochodu, a wymaga utrzymania”.*

Ot i cała tajemnica. Niemieccy kapłani, którzy nie wykazali się dostateczną “roztropnością” muszą kościoły sprzedawać, włoscy nie. Czy nie należałoby uzupełnić naszej wiedzy o włoskiej przestępczości zorganizowanej (w tej dziedzinie Włosi mają wszak niezaprzeczalne osiągnięcia) o nowy rozdział?

Zbrodniarz jako owieczka, chora owieczka

Do grona hierarchów walczących z karą śmierci, o których wspomniał Feanaro, dołączył ostatnio biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga. Użył on porównania do sytuacji chorego, ?którego się nie zabija, ale leczy? i dodał, że ?więźniów nie powinno się zabijać, ale leczyć?. Dalej stwierdził, że ?śmierć jest zabraniem szansy człowiekowi, przestępcy, zbrodniarzowi?. Wspomniał, że sam Kościół ?dość obficie ją serwował poprzez działania inkwizycji, ale to wszystko się wyciszyło?. Bp Szlaga przyznał, że często ?zbrodnie są wielkie? a ?śmierć jest zamknięciem życia, które potem już się nie regeneruje?. ?Natomiast, gdy kara jest bardzo wysoka, np. dożywocie czy 25 lat, jest to kara przeznaczona, aby więzień, dany skazaniec nawrócił się, zadośćuczynił za swoje grzechy, przewinienia, zbrodnie i by mógł ewentualnie do życia powrócić?.zb

Dosyć cytatów za wiara.pl.

Nasuwają się mi następujące kwestie:

1. Tyle w tym kontekście mówi się o “godności człowieka” (tu: mordercy). Czy to jest traktowanie godne – uznawać człowieka z góry za chorego, a zatem za wariata, niepoczytalnego? Czy skoro tak, w ogóle nie należałoby wykreślić zakazującego morderstwa przykazania z dekalogu? No bo skoro ten, kto zabił, ten jest chory, – oczywiście chory umysłowo, bo fizyczne choroby raczej nie popychają do mordów – a kto jest chory umysłowo, jest niepoczytalny, a zatem nie powinien ponosić odpowiedzialności za swój czyn! To jest dopiero odzieranie człowieka z godności! Skoro człowiek nie może świadomie i odpowiedzialnie popełnić zbrodni, to na czym ma polegać ta cała godność bycia człowiekiem? Przecież gdy uczyni coś dobrego, to także nie będzie rezultat jego woli, ale wpływu społeczeństwa, które tym razem dobrze go do siebie przystosowało (no, katolicy powiedzieliby za Augustynem jeszcze mocniej – to wyłącznie łaska boża).

2. Uderzyło mnie określenie, iż stosowanie k.ś. przez Kościół “się wyciszyło”. No, ale to drobiazg, tak, czepiam się.

3. Teza o wychowawczym charakterze kary jest delikatnie mówiąc, zabawna, przez swe oderwanie od rzeczywistości: primo, ile osób nawraca się pod wpływem odsiadywania 25 lat? Co intensywnej działa w kierunku nawrócenia i skruchy: perspektywa nieuniknionej śmierci za powiedzmy rok (taki moim zdaniem powinien być margines, w razie gdyby okazały się nowe okoliczności) czy perspektywa wyjścia na wolność za co najwyżej 25 lat? No i niby na czym mogłoby polegać zadośćuczynienie za morderstwo? Komu? Bliskim ofiary? Chciałbyś, drogi Czytelniku, by ktoś, kto zamordował bliską Ci osobę, jakość Ci zadośćuczyniał?

 

Statystyki zaufania a zaufanie do statystyk

TNS OBOP opublikował badania dotyczące zaufania do różnych instytucji publicznych, m.in. do Kościoła rzymskokatolickiego. Osobiście jestem do takich badań nastawiony sceptyczne, gdy bowiem zapytujemy o zaufanie do Sejmu czy Kościoła, to o co tak naprawdę pytamy? Zwłaszcza w przypadku tak wewnętrznie podzielonych "ciał" jak właśnie parlament jest to bezsensownie (ktoś może ufać własnej partii, ale nie ufać partii wrażej). W przypadku Kościoła, który usiłuje tworzyć wrażenie (coraz mniej skutecznie) monolitu, może akurat tego problemu nie ma, natomiast ciągle niejasne jest dla mnie, co to znaczy "ufać" instytucji. Tak czy inaczej, niezależnie co tak naprawdę takie badania mierzą, jeśli mierzą regularnie i w taki sam sposób, mogą uchwycić jakąś ogólną tendencję, nastawienie.

Otóż wyniki wspomnianych badań OBOPu musiały postawić dęba włosy na niejednej biskupiej głowie. Okazuje się, że od roku 2006, czyli w ciągu ostatnich pięciu lat, zaufanie do"owczarni" spadło o 14% (podczas gdy inne instytucje zaczynają wolno odbudowywać swą pozycję. Obecnie ufa Kościołowi 61% badanych, ale co na pewno bardziej bolesne: nie ufa aż 33% (z czego wynika, że tylko 6% jest niezdecydowanych).

Bardzo charakterystyczny jest sposób, w jaki katoliccy socjologowie próbują się pocieszać:

Tego typu sondaże mierzą głównie tzw. zaufanie publiczne do instytucji, z którymi ludzie mają kontakt przez media – dodaje ks. Wojciech Sadłoń z pallotyńskiego Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Jego zdaniem mierzone w ten sposób zaufanie do Kościoła oddaje przede wszystkim „wzbudzane przez najbardziej popularne media emocje i nastroje względem Kościoła katolickiego”. – Takie nastroje są faktem, jednak dość szybko mogą ulegać zmianie. Ponadto istnieją dane, że zaufanie do Kościoła katolickiego mierzone lokalnie jest wyższe niż innych instytucji publicznych – podkreśla ks. Sadłoń. (za wiara.pl)

Choć to ostatnie akurat jest prawdą, to czy naprawdę aż tak pocieszający jest dla księdza fakt, że jego instytucji wprawdzie ufa coraz mniej osób, jednak i tak więcej, niż np. sejmowi? Przecież pogarda okazywana przez dziennikarzy wobec polityków jest wielokrotnie większa niż wobec książy. Możliwe, że dlateg, iż politycy są zależni od dziennikarzy a książa mają własne ambony, może dlatego, że dziennikarze lepiej znają kulisy polityki państwowej niż kościelnej, trudno mi jednak dostrzec jaką systematyczną nagonkę na Kościół w ostatnich latach. Przeciwnie, jak na to na blogu wskazywał Feanaro (tu i tu), można nawet dojrzeć coraz większą obecność katolickiej propagandy, o, pardon, ewangelizacji ;)

Prof. Krzysztof Koseła, z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, trafnie zauważa, że badania robione co 10 lat, jak w tym przypadku, nie ilustrują bieżących trendów i są podatne na tymczasowe zawirowania opinii. Spójrzy zatem do badań CBOS, podejmowanych kilka razy w roku. Wyników z września jeszcze nie "odtajniono", więc oprę się na badaniach z marca. Nie nazywają się one "zaufaniem", ale pytają o "Ocenę działalności Kościoła rzymskokatolickiego". W poprzeednich badaniach (styczniowych) uchwycono poprawę o cztery punkty i spadek złych ocen o 5! Ale daje to i tak dobre oceny na poziomie 58%, czyli mniej niż ufność w OBOPie. Nasłabszy wynik odnotowano w badaniach z września zeszłego roku. W marcu dobrze oceniało Kościół 56% a źle 32% respondentów.Trudno mówić o jakiejś stałej tendencji, gdyż wahania są dość spore – dobrze oceniało w kolejnych badaniach Kościół od 2006 roku: 66 59 63 60 66 69 62 61 63 68 73 64 54 58 56 (%).

opinieZa CBOS

Zwykle wyniki oscylują więc w okolicach 2/3, jedynie w związku z katastrofą smoleńską wzrosły niemal do 3/4 (73%), ale nie na długo.Pokazuje to moim zdaniem, że Polacy mają jeszcze głęboko zakodowaną kliszę: patriotyzm = pobożność = posłuszeństwo Kościołowi.

Zauważalne odwrócenie nastąpiło w badaniach z września 2010, gdzie niespodziewanie w ciągu kwartału negatywne oceny wzrosły aż o 10% (ktoś pamięta, co się takiego wydarzyło między czerwcem wrześniem 2010, co mogło tak wzmóc niechęć do kościoła?).

Tak czy inaczej 1/3 Polaków jest do Kościoła zdystansowana na tyle, by go krytycznie oceniać. Nie musi to oznaczać, że już odpadli od chrześcijaństwa, nad tym musimy jeszcze popracować ;D

Genetyka potwierdza Biblię?

Potwierdziła się bowiem zapisana w Biblii tradycja o jednym człowieku u początku ludzkości, zwanym w genetyce Y-chromosomalnym Adamem. Żył on, jak wskazują na to najnowsze badania (Henn et al., 2011), zapewne w Afryce Południowej, zwłaszcza w okolicach dzisiejszego państwa Botswana i rejonu niecki pustyni Kalahari (zob. też praca Batini et al. 2011). Praojcu ludzkości prowizorycznie przypisuje się czas życia niekiedy około 200 000 lat temu 

Gdy przeczytałem powyższe zdanie na jednym z blogów stwierdziłem, że to doskonały dowcip. A raczej byłby to dowcip, gdyby autorem był ktoś, kto zna się na genetyce choćby w podstawowym stopniu. Niestety, wielu laików traktuje te "rewelacje", podobnie jak głośne swego czasu doniesienia o "mitochondrialnej Ewie" całkiem serio, jako potwierdzenie, a przynajmniej istotny krok w kierunku potwierdzenia "prawdy objawionej". Musiła mieć poczucie humoru i sporo zlośliwości genetyk, który te określenia ukuł, to wręcz idealna pułapka na ignorantów. Już choćby dalszy ciąg powyższego tekstu (na stronie "Skąd pochodzą Polacy) pokazuje, że koncepcja ta do biblijnej ma się jak pięść do nosa. "Księga objawiona" bowiem mówi o Adamie i Ewie, którzy żyli raptem 5772 lat temu, podczas gdy Y-chromosomalny Adam żył nieco wcześniej, czyli stokilkadziesiąt tysięcy lat przed stworzeniem (biblijnego) świata. Autor powyższej notki bardzo żałuje, że większość uczonych przyjmuje, że było to 130.000 lat temu, wolałby, by było to wspomniane 200.000. Dlaczego? Gdyż tylko wtedy byłaby jakaś szansa na spotkanie z mitochondrialną Ewą!

Pomijając już chronologię, sugerowanie, iż ów Adam Ygrekowski i Ewa Mitochondrycka mają coś wspólnego z obrazem biblijnym zdradza niezrozumienie tego, o co w całej tej hipotezie chodzi. Żaden uczony nie twierdził Bowiem, że ludzkość się zaczęła od owego Adama czy Ewy. Ów Adam, a wcześniej Ewa byli jednymi z członków jednej z populacji naszego gatunku, może nawet pierwszej tej populacji, choć równie prawdopoodbne, że po prostu jedynej, która przetrwala. Mieli to szczęście (w małych populacjach nie musiała być to zasługa płynąca z posiadania jakichś konkretnych cech zwiększających szanse na przeżycie, mógł tu zadziałać po prostu przypadek – dryf genetyczny), że ich potomstwo jako jedyne przeżyło. Nie trzeba sobie wyobrażać żadnego kataklizmu. Dla uproszczenia załóżmy, że populacja sklada się z 4 osobników (Adam, Ziutek, Franek i Pankracy). Każdemu z nich udało się spłodzić 3 dzieci, – Adamowi 3 synów, Ziutkowi 1 syna i 2 córki, Frankowi 2 synów i 1 córkę a Pankracemu 3 córki. Tym samym chromosom Y Pankracego został już z puli wyeliminowany, a gdy jego córki urodzą synów, bedzie to Y od Adama (największe szanse), Franka albo Ziutka. Ale syn Ziutka mógł w ogole nie dożyć do wieku rozrodczego zjedzony przez krokodyla, jeden z synów Franka okazał się gejem, a drugi spłodził same córeczki. W rezultacie wszyscy chłopcy w nowym pokoleniu będą dziedziczyć chromosom Y po Adamie, który ani nie był pierwszym mężczyzną, ani nie musial być najlepszym inseminatorem. Podobnie, choć wcześniej miała się rzecz z Ewą.

 

Krucjata przeciw sataniście

Oto ruszyła, Pierwsza Polska Nowożytna Krucjata. W słońcu błyszczą już setki tysięcy zaostrzonych … piór, hufce zebrane, chorążowie (redaktorzy wpolityce) na stanowiskach, biskup Wrocławia zwołał, biskup Nycz błogosławi. W oblężonej twierdzy na Woronicza drży mroczny lord i zwołuje własne ciemne moce.

A ja jestem rozdwojony, między obawą a niesmakiem, między rozbawieniem a politowaniem. Aby było jasne – z punktu widzenia poganina, takiego jak ja, cały spór jest jedynie zabawną wewnątrzchrześcijańską awanturą. Satanizm bowiem nie jest niczym innym, jak jeszcze jedną (fakt, raczej skrajną) chrześcijańską herezją przypominającą starożytnych kainitów. Aby było zabawniej, sektą wymyśloną przez katolickich inkwizytorów, którzy zwalczając relikty pogańskiej magii płodności we Włoszech wymyślili rytuał czarnej mszy, który następnie “usłyszeli” od torturowanych wieśniaków (odsyłam do świetnej pracy Eliadego o okultyzmie i modach kulturowych). Wiem, że dla hiper-orto-katolicków poganin to to samo co satanista – chciałbym jednak stanowczo zaprotestować przeciw takiemu uproszczeniu. To bardziej krzywdzące niż powiedzieć, że katolik to to samo co świadek Jehowy czy muzułmanin albo żyd. Satanizm ma z pogaństwem tyle samo wspólnego, co religia Azteków z buddyzmem. Dla poganina bowiem, zarówno Jezus, Jahwe jak i ich osobisty wróg są postaciami z zupełnie innej bajki. Tyle o powodach mojego rozbawienia.

Niesmak płynie stąd, że wprawdzie nie darzę chrześcijaństwa większą miłością niż ów Nergal, jednak sposób w jaki on to wyraża budzi we mnie zażenowanie. Żadnej ksiażki nie powinno się drzeć, nawet Main Kampf, to zwyczajne barbarzyństwo, już lepiej oddać do biblioteki czy na makulaturę, ale niszczenie książek dowodzi, iż ktoś ma zapóźnienia w edukacji, i to zupełnie elementarnej, na poziomie do lat 3. Zresztą jeszcze nikt nie zaszkodził chrześcijaństwu drąc biblię, natomiast wielu się to udało gdy zaczęli ją starannie czytać. Podobny niesmak budzi we mnie wulgarny język, zwykle mówi on bowiem więcej o mówiącym, niż o przedmiocie oszczerstw. Zawsze starałem się trzymać zasady, by wroga szanować, od wroga się uczyć i walczyć merytorycznymi argumentami, a nie bluzgami.

Ale poza tym wszystkim jest niepokój płynący z wypowiedzi wielu nawołujących do tej antynergalowej krucjaty. Dość często stosuje się tam skrajnie uproszczone sylogizmy, na które nie okazał się odporny nawet mój idol Rafał Ziemkiewicz. Skoro satanista, to znaczy, że pragnie zła (tfu, Zła!), czyli również powszechnej zagłady wszystkiego, skoro stoi za złem, to chrześcijaństwo przeciw któremu występuje jest wcielonym dobrem (tfu, Dobrem!), a skoro tak, to antychrystianizm z definicji jest działalnością antycywilizacyjną, antyludzką, jest kultem zła, jest satanizmem. Najbardziej boli mnie, gdy ktoś utożsamia atak na chrześcijaństwo z atakiem na cywilizację Zachodu. Zgoda, chrześcijaństwo jest jednym z (jednym z, do cholery!) korzeni obecnej formy cywilizacji Zachodu. Ale są też inne korzenie, śmiem twierdzić, że zdrowsze – Rzym i Ateny. Można twierdzić, że dynamizm zachodu wynika z napięcia między tymi korzeniami, z ich konfliktu, ale jeśli ktoś twierdzi, że stając po stronie Rzymu czy Aten przeciw Jerozolimie stawia się poza cywilizacją Zachodu, to znaczy, że nie przeczytał dość starannie Quo Vadis. Innymi słowy sprzeciwiam się próbom podejmowanym przy okazji zwalczania satanistycznych ekscesów wykluczenia z debaty publicznej w ogóle krytycznych pytań o chrześcijaństwo. Można bowiem występowac przeciw tej religii w imię wartości Zachodu, takich jak prawda, dobro publiczne, moralność etc., można to robić merytorycznie, jak to czynił Nietzsche, a nie w stylu Palikota.

In persona Christi

Arcybiskupa Życińskiego niegdy nie lubiłem. Nawet, gdy byłem katolikiem. Nawet, gdy byłem lewicującym katolikiem. Nie było w tym nic osobistego, po prostu niezwykle irytował mnie jego sposób mówienia, niemal tak, jak irytuje mnie malkontencka nuta pani Paradowskiej. Nie byłem w stanie wysłuchać żadnego jego kazania czy przemówienia. Na szczęście – jako katolik – należałem do zupełnie innej diecezji, więc jedyne moje kontakty były via TV. A odbiornik mój wyposażony jest w takie sprytne urządzenie zwane pilotem, więc jak widziałem bpa Życińskiego, to pstryk-go.

Tak czy inaczej nie wiem, czy pan Braun powiedział prawdę mówiąc że biskup kłamał i łajdaczył.

Rozczulił mnie natomiast pan Michał Karnowski, swoją drogą bardzo sympatyczny dziennikarz, gdy stwierdził:

że żaden katolik nie powinien tak mówić o żadnym księdzu czy biskupie. Polemizować można, zwłaszcza kiedy osoby duchowne wchodzą (i dobrze!) w obszar dyskusji o sprawach publicznych. Ale obrażać, wyzywać, nie można. Wierzymy bowiem przecież w Święty Powszechny Kościół Apostolski. I warto pamiętać, że z kapłanami tego Kościoła dyskutujemy *).

Taaak, przypomina się pieśń z dzieciństwa, zaraz, jak to szło? … święte dłonie kapłana...

Kto by pomyślał, że po tylu wiekach odżyje w Kościele kontrowersja donatystów wchodząc jakby na wyższą oktawę. Wółczas Kościół zadecydował, iż nieważne jakim kapłan jest łajdakiem i kłamcom, jeśli nie pomyli się przy sakramentalnej formułce – sakrament jest ważny. Kapłan działa bowiem In persona Christi. Przesympatyczny pan Michał Karnowski zdaje sie jednak iść znacznie dalej! Odnosze wrażenie, że jego zdaniem abp Życiński również kłamał In persona Christi!

A wydawało mi się, na podstawie laickiej lektury Listów do Tymoteusza, że chrześcijanie pasterzom swoim stawiają raczej wyższe wymagania, czyż nie? To skąd pomysł, że o łajdactwie biskupa należy mówić posługując sie eufemizmami?

Gdybym zaczął tu rozpaczać nad zepsuciem i hipokryzją Kościoła byłbym takim samym hipokrytą jak wielu lewaków rozpaczających nad upadkiem znienawidzonego wroga. No cóż, powiem szczerze, ja z tego upadku się jakoś tam cieszę. Martwi mnie tylko odmóżdząjący wpływ tegoż Kościoła na polską prawicę (w tym przesympatycznego pana Karnowskiego). Niewiedzieć czemu utarło sie, że chrześcijaństwo ma coś wspólnego z prawicą, a prawica z chrześcijaństwem.

Fakt, że wzorowy katolicko-prawicowy publicysta poczytuje za swój obowiązek zakłamywać własne myślenie i język, gdy mówi o własnym pasterzu jest dla mnie wyjątkowo wymowny.

Radosne (czy smutne) statystyki

Jak sądzicie, z czego katolicy cieszą się bardziej, czy z tego, że każdego dnia przybywa 31 tys. katolików, czy że ubywa 300 ateistów w tym samym czasie? To drugie. Informację na ten temat zatytułowali Ateista – gatunek zagrożony? Zapewne radują się również z tego, że każdego dnia przybywa im 270męczenników.

Szybciej niż katolików (37 tys. dziennie) przybywa zielonoświątkowców.  W sumie chrześcijan wszystkich wyznań przybywa w tempie 80 tys. dziennie, co musi niepokoić. "Wszystkich wyznań" – to kolejna ciekawa informacja: okazuje się, że od czasu zapoczątkowania przed ponad 110 laty ruchu ekumenicznego, kiedy to było na świecie 1600 kościołów i związków skupiających wyznawców religii zgody, pokoju i wzajemnej miłości jednoczyli się tak intensywnie, tak gorąco wpadali sobie w ramiona, że na dzień dzisiejszy jest 42 tysiące wyznań i kościołów!

Dodajmy do tego, że islam przyrasta szybciej niż katolicy (choć nieco wolniej niż ogół chrześcijaństwa 79 tysięcy dziennie) i przerósł już poddanych Benedykta XVI  1,16 do 1,6 mld.

Miejmy nadzieję, że polski spis ludności przyniesie jakąś pokrzepiającą informację…