Kościół, państwo, gospodarka

Irlandia: Biskup o ekonomii

Na znaczenie, jakie dla uporządkowania gospodarki ma współpraca Kościoła i państwa oraz szersze uczestnictwo wszystkich obywateli w budowie społeczeństwa zwrócił uwagę abp Diarmuid Martin. Metropolita irlandzkiej stolicy wygłosił odczyt na temat aktualnej sytuacji ekonomicznej swej ojczyzny i kroków, jakie należy podjąć w celu jej uregulowania.
KAI za: wiara.pl

Sądzę, że ktoś powinien poinformować bpa o tym, jak ta owocna współpraca wyglądała w Polsce, mam na myśli choćby to: afera Stella Maris. To była dopiero “uporządkowana gospodarka”! I jaka jedność urzędów państwowych z Kościołem!

Inny przypadek, który jednak daje trochę nadziei na uporządkowanie po tym “uporządkowaniu”:

Kontrolerzy skarbowi uznali, że dyrektor Radia Maryja powinien zwrócić fiskusowi 4,3 mln zł VAT
Urząd Kontroli Skarbowej w Białymstoku zakończył sprawdzanie przepływów finansowych między warszawską prowincją redemptorystów a fundacją Lux Veritatis założoną przez o. Tadeusza Rydzyka, dyrektora Radia Maryja i twórcę telewizji Trwam. Jak nieoficjalnie dowiedziała się „Rz”, kontrolerzy uważają, że fundacja powinna zapłacić 4,3 mln zł VAT.

Dlaczego? Chodzi o ponad 20-milionową pożyczkę, której cztery lata temu zakon redemptorystów udzielił Lux Veritatis. Za te pieniądze fundacja rozbudowała kampus należący do związanej z o. Rydzykiem Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.

Białostocki UKS zwrócił uwagę na to, że fundacja nie oddała pożyczki, a po zakończeniu inwestycji nowe nieruchomości przekazała na własność redemptorystom, już jako darowiznę. Przy czym odliczyła sobie VAT od inwestycji w wysokości 4,3 mln zł. Jak ustaliliśmy, kontrolerzy uznali, że do odliczenia fundacja nie miała prawa, a zatem kwotę podatku powinna zapłacić.

(…)
Prawidłowość rozliczenia VAT przez fundację kontrolował już dwa lata temu Urząd Skarbowy Warszawa-Wola, jednak niczego niezgodnego z prawem się nie dopatrzył. Zdaniem informatorów „Rz” badał sprawę bardzo wąsko i nie analizował, skąd fundacja miała pieniądze na budowę.. Tak wszystko ostatecznie sprowadza się do szerokości spojrzenia.

Ciekawy jest ostatni akapit:
Zapłatę podatku może utrudnić sytuacja fundacji. Z jej sprawozdania finansowego za 2008 r. wynika, że jest zadłużona na ponad 30 mln zł. Zysk netto w ubiegłym roku wyniósł tylko ponad 1 mln zł. Tymczasem fundacja zamierza przeznaczyć na nowe inwestycje w 2009 r. ponad 20 mln zł.

za Rzepą: Izabela Kacprzak , Piotr Nisztor 23-07-2009

I kto powiedział, że z próżnego to i Salomon nie naleje?

Kryptopoliteiści od siedmiu boleści

Jeśli na dźwięk słowa politeizm”; wzruszasz z lekceważeniem ramionami sądząc, mowa o czymś, co dawno minione, muszę Cię drogi czytelniku rozczarować — jest wręcz przeciwnie. Politeizm jest sprawą teraźniejszości i przyszłości. Nie wprowadza go nikt świadomie, nie trzeba o niego walczyć, dekretować. Politeizm jest koniecznością, która po prostu wynika z natury rzeczy. Do tego stopnia, że głównymi jego orędownikami są dziś… chrześcijanie! Już spieszę z wyjaśnieniami, zanim czytelnik pęknie ze śmiechu. Oczywiście politeizm formalnie jest przez chrześcijan potępiany. Wszyscy chrześcijanie są zgodni w tym, że Bóg jest jeden: i katolicy, i luteranie, i kalwiniści, i purytanie, i zielonoświątkowcy, i adwentyści, baptyści i wszystkie inne sekty jakie się wy rodziły z tej jednej pierwszej sekty galilejczyków. Nie przeszkadzało im to naturalnie wzajemnie się prześladować, palić na stosie i wszelkimi sposobami zwalczać ogniem i żelazem — jeśli ktoś im je oczywiście udostępnił. Po wojnie trzydziestoletniej politycy jednak doszli do wniosku, że są ciekawsze i bardziej opłacalne powody, by toczyć wojny i biskupi zostali bez darmowej siły zbrojnej. Nie jest łatwo z rezygnować z takich możliwości, stąd do dziś pokusa posiadania „własnych” polityków nie opuszcza wielebnych (u nas od o. Rydzyka do bp Życińskiego).

Dzisiaj nie mogą już jednak marzyć o zwartym oddziale halabardzistów gotowych uczyć kacerzy „rozumu”. Co więcej, pojawia się konkurencja: buddyści i hinduiści ze wschodu, islamiści z południa i ateiści w najbliższym otoczeniu. W końcu zaświtała im myśl, że skoro nie można zmusić innych do uznania naszej własnej opinii, to może trzeba by się dogadać. Tak na przełomie XIX i XX wieku zrodził się ruch ekumeniczny. Podstawą, na której się opiera, i z której wywodzi się czasem jego szersza wersja — dialogu obejmującego żydów i muzułmanów, jest przekonanie, że Bóg jest jeden, a zatem wszyscy czczą tego samego. Brzmi to przekonująco — na pierwszy rzut oka. Ale starczy przyjrzeć się nieco bliżej, by zobaczyć cały fałsz tego pozornego monoteistycznego truizmu. Czy rzeczywiście można powiedzieć, że to jeden i ten sam Bóg, który:

  • jest absolutnie jeden, jednoosobowy i niepodzielny
  • stanowi jedność w trzech osobach
  • jest nieskończenie miłosierny i sprawiedliwy
  • przed założeniem świata arbitralnie zadecydował, kto będzie należał do mniejszości zbawionych a kto z całą rzeszą potępionych trafi do piekła
  • ocenia ludzi na podstawie wiary
  • ocenia ludzkie czyny
  • wybrał pewnych ludzi na swych uświęconych kapłanów
  • uczynił wszystkich ludzi równymi przed sbą

Nie będę wyliczał wszystkich różnic doktrynalnych między tysiącami sekt chrześcijańskich. Nie wszystkie odłamy powstały na gruncie różnic doktrynalnych, czasem wystarczyła ludzka zawiść aby stworzyć nowy kościół, tym razem już ten naprawdę prawdziwy. Nawet wtedy jednak z czasem uzasadniano swą decyzję rozwijając własną teologię, która jednak by się czymś różniła od teologii kościoła macierzystego.

Na czym więc opiera się przekonanie, że wszystkie te sekty wyznają jednego i tego samego Boga? Pozwolę sobie zacytować Szekspira: -What do you read, my lord? -Words, words, words. Pogodzenie monoteizmów pozostaje wyłącznie werbalne, na poziomie słów, nie treści. Ileż dziesiąt lat trwało, zanim stosunkowo bliskie sobie wyznania jak luteranizm i katolicyzm dogadały się (względnie) w kwestii jednego ledwie dogmatu (o usprawiedliwieniu), którzy rzekomo był sformułowany w ich pismach świętych!

W ekumenizmie chrześcijanie faktycznie nie tyle dogadują się, ale uczą się starej pogańskiej cnoty: tolerancji, świadomości, że tak naprawdę, to nie wiadomo jak jest, że należy zatem podchodzić z wyrozumiałością i lekkim przymrużeniem oka, do cudzych — i co może ważniejsze — do swoich własnych wyobrażeń o tym, co ostatecznie niewyobrażalne. Faktycznie więc stają się politeistami, przynajmniej w warstwie praktycznej — każdy wierzy w swojego Boga i toleruje innych. Czasami może nawet wstąpi do świątyni konkurencji.

Daleko temu kryptopoliteizmowi do szlachetności autentycznego. Stale wyczuwa się, że starczyłoby im dać do ręki miecz, aby wróciły dawne marzenia o jednym, jedynym Bogu. Islamscy terroryści nie są tu wyjątkiem. Starczy przyjrzeć się, jak niektórzy nasi rodzimi katolicy walczą z tzw. „sektami”. Ale też mocarnych sobie przeciwników wybrali!

Prawda krwi

Kardynał Józef Glemp ma problemy. Pół biedy, że dziennikarze przyłapali go na kłamstewkach. Gorzej, co tymi kłamstewkami chce osiągnąć i z czego wypływają. Dzisiaj, gdy ks. Popiełuszko jest absolutnym bohaterem kościelnym, wkrótce pewnie oficjalnie kanonizowanym, nie wypada przyznawać się do swoich poglądów (niewtajemniczonym przypominam, że się z przyszłym męczennikiem nie lubili). To to tchórzostwo najbardziej kompromituje prymasa. Przecież można by wysunąć sporo argumentów, że rację miał Glemp, temperując nastroje społeczne niż Popiełuszko zaogniają je (zakładając, co nie jest naturalnie oczywiste, że pokój z czerwonymi jest lepszy niż konfrontacja, a takie założenie, w imię nie rozlewania krwi przyświecało kościołowi). Kolejny raz okazuje się, że w chrześcijaństwo najlepszym dowodem jest krew. Popiełuszko został zabity, znaczy miał rację.

Ja, politeista

Co to znaczy, że jestem poganinem

Nie istnieje Bóg istnieją tylko Bogowie. Monoteiści wykorzystali filozoficzne argumenty dowodzące istnienia najwyższego Bytu i utożsamili go ze swym Bogiem. Każdy jednak, kto wysilił się, aby zajrzeć z jednej strony do biblii, z drugiej strony do dzieł Filozofów, nie może mieć wątpliwości, że piszą oni o kimś/czymś zupełnie innym. Na nic zdadzą się wyszukane sofizmaty: między „Bogiem wiary” a „Bogiem filozofów” nie można postawić znaku równości. Tym samym uzurpacja monoteistów, że ich Bóg (Trójca, Jhvh, Allah) jest właśnie tym najwyższym, jedynym, traci podstawy, okazuje się bezczelnym szalbierstwem.
Uznaję istnienia Praźródła, Absolutu, **********, który w jakiś sposób odpowiada za to, że świat istnieje, choć mógłby nie istnieć. Ale dziecinną naiwnością jest nazywać Go Bogiem. Jeszcze większą naiwnością jest zwracać się do tej Prazasady z modlitwą. Choćby dlatego, że jej sposób „bytowania” jest absolutnie poza naszym pojmowaniem. Można nadawać jej jakieś nazwy, mi na przykład najbliższe jest imię Ananke, ale używając jakiegokolwiek imienia należy pamiętać, że nie wiemy tak naprawdę, co mówimy. Chińczyk Lao-tse trafnie napisał: tao, które można nazwać nie jest prawdziwym tao. Ananke podlegają sami Bogowie, więc jakimż prawem człowiek miałby się wyłamywać i uzyskiwać specjalne względy? Rojenia o tym, że świat został stworzony ze względu na człowieka wkładam między bajki. Są we wszechświecie istoty niżej od nas stojące, ale są też doskonalsze, a z nich, najdoskonalsi są Bogowie (przynajmniej według naszej wiedzy).

Dlaczego Bogowie a nie jeden Bóg? Nie mam wątpliwości, że poza strefą ściśle materialną istnieje także rzeczywistość innego rodzaju. O jej strukturze możemy wnioskować jedynie na podstawie doświadczeń, które ludzie z tamtą sferą mają oraz przez analogię. Na podstawie jednej i drugiej drogi dochodzę do wniosku, że tamta strona rzeczywistości ma charakter pluralistyczny. Nie jestem metafizykiem czy ezoterykiem. Wolę unikać bezpośrednich kontaktów z istotami tamtej sfery, wszelkiej mistyki. Dlaczego? Mistyka jest wkraczaniem w wymiar, w którym te istoty mają przewagę. Skąd mogę wiedzieć, czy to, co mi się objawia, nie oszukuje mnie, żeby wykorzystać? Iluż ludzi dało się zwieść na przykład Jezusowi, istocie wyjątkowo podstępnej i krwiożerczej, która wykorzystała przebranie straconego kaznodziei i samozwańczego mesjasza z Galilei. Dlatego wolę relacje z Bogami na swoim gruncie, według jasnych zasad, które określa stara zasada: do ut des.

Czym są zatem dla mnie Bogowie? Są istotami, które reprezentują każdy jakiś aspekt doskonałości prazasady. Nie jest to doskonałość absolutna. Wyznawcy wielu religii dają się czasem ponieść fantazji i przypisują swym Bogom absolutne właściwości, najsłynniejszym przykładem, powtarzanym ku uciesze ateistów jest choćby słynna wszechmoc Jahwe. Zakres władzy i wiedzy Bogów jest niewątpliwie znacznie większy niż jakiegokolwiek człowieka, ale zapewne ma jakieś granice. Jak nauczał Platon, w sprawach najważniejszych, w kwestiach Bogów, nie można wierzyć poetom i tych, którzy dają się ponosić poetyckim natchnieniom. Bogowie reprezentując jakąś doskonałość są dla mnie wzorami. Podziwiam ich i kocham, jako wzory. Jestem dumny, jeśli mogę u siebie znaleźć choć ślad ich doskonałości. Składam im ofiary z wina i kadzidła jako wyraz wdzięczności i podziwu. Ale nie jestem ich niewolnikiem. Bogowie nie oczekują ode mnie, abym przed nimi pełzał i łkał. Chcę, by byli ze mnie dumni, tak jak ja jestem dumny z nich. Nie znajdujemy się na przeciwstawnych szalach wagi, nie muszę się poniżać, aby oni byli wywyższeni.

Miażdzące słowa kardynała na temat Kościoła

cytat za http://wiadomosci.onet.pl/1762924,12,item.html:

W Kościele wiele jest próżności, zawiści i oszczerstw – uważa kardynał Carlo Maria Martini, emerytowany arcybiskup Mediolanu, uważany za jednego z najbardziej światłych kościelnych dostojników.
Sędziwy włoski purpurat mówił o grzechach ludzi Kościoła podczas serii rekolekcji dla włoskiego duchowieństwa w miejscowości Galloro, a jego słowa przytacza “La Repubblica”.

Kardynał Martini powiedział, że wiele grzechów “zostało popełnionych także w historii Kościoła”; “przez świeckich, ale także przez księży, zakonnice, zakonników, kardynałów, biskupów i również papieży, przez wszystkich” – dodał.

“Ileż sekretnych żądz jest w nas. Chcemy widzieć, wiedzieć, zrozumieć, pojąć. To zatruwa serce” – mówił kardynał Martini. Wiele miejsca w swym wystąpieniu, nazwanym przez gazetę “najsurowszą lekcją”, poświęcił zjawisku zazdrości wśród ludzi Kościoła. Powiedział, że niektórzy pytają: “Dlaczego inny dostał coś, co miało być dla mnie?”, “Co zrobiłem złego, że ktoś inny został mianowany biskupem, a nie ja?”.

Emerytowany arcybiskup Mediolanu mówił o masowym zjawisku anonimów, docierających do diecezji. Niektóre z nich, stwierdził, są przez te anonimowe listy zasypywane. Część z nich, zauważył, “pisanych jest w Rzymie”.

Z ust kardynała Martiniego padły też poważne zarzuty panującej w Kościele “wielkiej próżności”, o czym jego zdaniem świadczą szaty duchowieństwa.

“Kiedyś kardynałowie mieli tren z jedwabiu długości 6 metrów. Ale Kościół nadal przebiera się i ubiera w zbędne ornamenty. Ma tę tendencję do puszenia się” – podkreślił purpurat.

Zwrócił również uwagę na niepokojące według niego karierowiczostwo wśród księży i hierarchów, od którego nie jest wolny także Watykan. “Także w Kurii Rzymskiej niektórzy chcą być kimś więcej” – powiedział. Zauważył następnie: “Pewnych rzeczy się nie mówi, bo wiadomo, że blokują one karierę”.

“To straszliwe zło Kościoła” – ocenił kardynał Carlo Maria Martini wyrażając opinię, że taka postawa “nie dopuszcza do mówienia prawdy”.

“Mówi się to, co podoba się przełożonym, robi się to, co wydaje się, że jest ich pragnieniem wyrządzając szkodę samemu papieżowi” – oświadczył włoski kardynał.


Jestem w najwyżsym stopniu zniesmaczony powyższym wynurzeniem starego kardynała. Jakież to obrzydliwie chrześcijańskie: potępiać swych braci w kapłaństwie za pragnienie władzy, bycia osobą znaczącą, dążność do tego, by strój odzwierciedlał realną pozycję. Nie ma co, jeśli by w tym kierunku to poszło, nastapi totalna dero manizacja katolicyzmu i jego powtórna gelileizacja. Przyjdzie nam stracić resztę szacunku do naszego wroga!

A naszym czytelnikom chrześcijanom polecam zdanie kardynała: Chcemy widzieć, wiedzieć, zrozumieć, pojąć. To zatruwa serce: Biada wam, jesli próbujecie zrozumieć, wiedzieć! I niech mi ktoś powie, że chrześcijaństwo wspiera naukę! HAHAHAHA!!!

Dwa ciekawe wywiady

Natrafiłem właśnie na dwa ciekawe wywiady historyka Gezy Vermesa Jezus historyczny oraz Tak nie było – o “historyczności” Pasji Mela Gibsona.

Nie ze wszystkimi tezami tego historyka się zgadzam, jestem zdania, że nie docenia politycznych aspektów działalności Jezusa.

Bardzo polecam, tutaj tylko wybrane fragmenty

Historyk o ewangeliach dzieciństwa

- Czy mowa jest o tym, co nazywamy Ewangelią dzieciństwa? Pierwsze dwa rozdziały Łukasza są historycznie całkowicie nierealne. Pisząc je, Łukasz chciał udowodnić na podstawie wydarzeń z przeszłości, że Jezus był Mesjaszem.

Interesujące jest to, że w Ewangelii, która powstała najwcześniej (u Marka), nie ma ewangelii dzieciństwa. Jest ona późniejszym dodatkiem do podstawowej tradycji, próbą nadania jej sensu, pokazania, jak finał wiąże się z początkiem.

- Jakie więc znajduje Pan fakty historyczne lub tradycje nie będące literaturą w Ewangeliach dzieciństwa?

- Tylko jedna informacja jest historycznie umocowana: że Jezus u rodził się za życia króla Heroda Wielkiego.

Weźmy św. Mateusza. Rozpoczyna swoją Ewangelię jak Marek i Łukasz: od spotkania Jezusa z Janem Chrzcicielem. U Marka wydarzenie to stanowi początek, Mateusz zaś czuje, że byłoby interesujące podążyć za biblijną ideą opisania całej historii bohatera. Najlepszym wzorcem jest tu oczywiście historia Mojżesza. U Mateusza mamy więc napisany na nowo fragment o dzieciństwie Mojżesza: o tym, jak mimo przeszkód umknął przed dekretem faraona nakazującym zabicie Żydów. Mateusz opowiada tę historię, a później, proszę mi wybaczyć, zmyśla historię mędrców oraz prześladowania dzieci w Betlejem przez Heroda Wielkiego – by pozwolić Jezusowi, na wzór Mojżesza, uciec do Egiptu i wrócić stamtąd jako mesjańskiemu nauczycielowi nowej nauki.

To wspaniała historyczno-literacko-teologiczna kombinacja, ale mówiąca zupełnie co innego niż np. tekst Łukasza. Według tego ostatniego Józef i Maria pozostali w Betlejem, nikt ich nie gnębił, nie było prześladowania, zagrożenia, ucieczki do Egiptu. Jeśli jedna z tych historii jest prawdziwa, wtedy druga – nie…

- Może Łukasz przedstawia po prostu inne zdarzenia, o innym znaczeniu.

- Zgadzam się. Ale twierdzę, że przekazów Mateusza i Łukasza nie można uznać za do końca prawdziwe. A jeśli tak, to co się naprawdę wydarzyło? Oni tego nie wiedzą. Jedyne, o czym mają niejasne pojęcie, to fakt, że wszystko zdarzyło się w czasie panowania Heroda Wielkiego.

W Ewangelii Łukasza pojawia się informacja o spisie ludności. Wiemy dziś, że to błąd: za panowania Heroda nie przeprowadzano takiego spisu. Owszem, miał on miejsce, ale 10 lat po śmierci Heroda. Łukasz antydatuje go i łączy z narodzinami Jezusa – z historycznego punktu widzenia jego wersja jest więc nie do przyjęcia.

Debata o Jezusie w TP – nowy głos

Czytelnicy “Tygodnika Powszechnego śledzący odbywającą się tam debatę teologiczną o Jezusie ich tezach na jego temat słynnego apostaty prof. teologii Tomasza Polaka (dawniej Węcławskiego), mogliby dojśc do wniosku, że sprawa wycichła pod ciężarem miażdżących argumentów, jakimi krnąbrny teolog został zarzucony. Nic bardziej mylnego. Głos w tej dyskusji został po prostu przykręcony. Mimo, iz do redakcji spływały stale kolejne teksty ta ogłosiła, że debata “zanika”.
Jeden, nieopublikowany w TP tekst zamieszczono właśnie na stronie Pracowni Pytań Granicznych autorstwa Dariusza Kota. Cały tekst jest warty polecania, pokazuje stan obecnych badań historyczno religioznawczych i teologicznych na temat Jezusa.

Kilka fragmentów na zachętę (cytuję w uporzadkowaniu tematycznym, nie w kolejności pojawiania się w tekście):

na temat: Jezus Żyd czy chrześcijanin: Już same tytuły ważniejszych prac wskazują, że specjaliści akcentują obecnie przynależność Jezusa do judaizmu, a nie do chrześcijaństwa. (…)Trzej powyżsi badacze, mimo odmiennych orientacji religijnych, są zgodni co do kulturowo-religijnego „usytuowania” nauczyciela z Nazaretu. Zupełnie już współcześnie wiedza o przynależności Jezusa do judaizmu osiągnęła etap, na którym Matt Jackson McCabbe, kierujący w renomowanym, międzyna rodowym Towarzystwie Literatury Biblijnej badaniami nad judeo chrześcijaństwem, może powiedzieć:
“Istnieje właściwie powszechna niepisana zgoda wśród współczesnych badaczy, że nazywanie Jezusa chrześcijaninem więcej pogmatwa, niż wyjaśni w sprawie religii, za jaką się on opowiadał”

Zdaniem Jacksona McCabbe odkrycie „Rękopisów znad Morza Martwego” odegrało ogromną rolę we współczesnym „przesunięciu” postaci historycznego Jezusa, a nawet wczesnych ruchów pojezusowych, w obręb judaizmu. Okazało się mianowicie, że „wiele z tego, co tradycyjnie wiązane było wyłącznie z chrześcijaństwem, w istocie cechowało także inne ruchy żydowskie w pierwszym wieku”. (…)„Uczniowie Jezusa — wnioskuje McCabbe — nie byli ani jedynymi w tamtym okresie Żydami, głoszącymi, że posiadają nowe, przełomowe przepowiednie, ani jedynymi głoszącymi, że odkryli mesjasza”.

Na temat rzekomej boskiej samoświadomości Jezusa – przytaczno tu jako argument wypowiedź o rozwodach
Mk 10:9: „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!”. (…) Według Sandersa nie mamy tutaj jednak do czynienia z jakąś unikalną znajomością Bożego umysłu, właściwą tylko Jezusowi, ale z interpretacją ogólnie dostępnej Żydom wiedzy o zamysłach Jahwe, zawartej w Księdze Rodzaju. (…) było [to> popularne także we współczesnej Jezusowi sekcie z Qumran. Qumrański Dokument z Damaszku 4, 20-21 w tłumaczeniu Gezy Vermesa brzmi: „powinien zostać uznany za przyłapanego na cudzołóstwie dwukrotnie, jeśli bierze sobie drugą żonę, podczas gdy pierwsza wciąż żyje, gdyż zasadą stworzenia było mężczyzną i kobietą On ich stworzył”.

Inny fragment przytaczany jako argument przez oponentów Mk 2:7 „On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, oprócz jednego Boga?” Sanders i tutaj wskazuje na kontekst z Qumran. W Modlitwie Nabonidusa ostatni z królów babilońskich wspomina uleczenie przez egzorcystę: „Miałem zły wrzód przez siedem lat... a pewien egzorcysta wybaczył mi grzechy. Był on Żydem (...) [7>. Na skutek wybaczenia grzechów król zostaje uzdrowiony. W Modlitwie mamy więc o wiele dalej idące sformułowanie, niż to z Ewangelii Marka

Na temat Kazania na górze, gdzie Jezus rzekomo stawia się na równi z Bogiem (chodzi o formułę powiedziano wam ... a ja wam powiadam)
Sanders komentuje: Jezus nie sprzeciwia się Prawu, tylko uzupełnia je i nawet zwiększa stawiane przez Prawo wymagania! „Jeśli naśladowcy Jezusa nigdy nie ulegają pragnieniu cudzołóstwa, nie popełnią go; jeśli nie gniewają się, nie będą zabijać; jeśli nie będą się rozwodzić (trzecia antyteza), nigdy nie przekroczą prawa, zabraniającego powrotu do pierwszego małżeństwa po rozwodzie i ślubie z inną osobą. Nie jest przeciw Prawu bycie bardziej prawym, niż Prawo tego wymaga” Autor wskazuje następnie, że w tym rygoryzmie również nie był oryginalny ani jedyny.

Na temat tego, czy Jezus odcinał się od polityki i czy był otwarty na nauczanie gojów:
Motywy te mogły jednak zostać umieszczone w ewangeliach dopiero w latach osiemdziesiątych, gdy chrześcijanie szukali jakiegoś uzasadnienia dla swego rozstania z judaizmem po przegranych zmaganiach z ruchem rabbinistycznym. Gerd Ludemann, podobnie jak wielu innych badaczy, zwraca także uwagę, że gdyby Jezus faktycznie nauczał nie-Żydów i wygłaszał wezwania w rodzaju „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28:19), bardzo trudno byłoby wytłumaczyć późniejsze pawłowe problemy z przekonaniem jerozolimskiego centrum ruchu do dokładnie takiej samej działalności (por. Ga 2 i Dz 15)

Na temat rzekomej odkupieńczej śmierci Jezusa na rzecz której przytacza się zdanie ze sceny rozmowy z synami Zebedeusza, gdzie Jezus i strofuje iż pragną władzy i stwierdza, że Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10, 45)
Autentyczność motywu rozmowy z synami Zebedeusza (Mk 10: 35-45) wydaje się jednak wielce wątpliwa. Jak zauważa Ludemann, anegdota ta stoi w wyraźnej sprzeczności z zachowanymi we wcześniejszej tradycji obietnicami Jezusa, dotyczącymi doniosłej roli uczniów w nadchodzącym Królestwie [16>:
Czy nie wiecie, że święci będą sędziami tego świata? A jeśli świat będzie przez was sądzony, to czyż nie jesteście godni wyrokować w tak błahych sprawach? Czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów? O ileż przeto więcej sprawy doczesne! (1 Kor 6:2-3).(...) Biorąc pod uwagę kolejność powstania Listu do Koryntian i Ewangelii Marka, a także fakt, że uczniowie nie doczekali się nadejścia Królestwa i objęcia uprzywilejowanych ról „sędziów nad światem i aniołami” -- Ludemann tłumaczy wersje markową jako jego własną próbę odpowiedzi członkom wspólnoty, zaskoczonym i zawiedzionym takim obrotem rzeczy.

W dalszej kolejności artykuł mówi o kwestii czy Jezus był prorokiem czy Mesjaszem. Tutaj nie do końca zgadzam się z jego tezami (iż Jezus był po prostu prorokiem: przekonuje mnie rozumowanie Hyam Maccobyiego, który twierdzi, że Jezus zaczynał jako prorok apokaliptyczny, ale w pewnym moemncie przekonano go albo sam doszedł do tego wniosku, by przyjąć rolę mejsasza, wyzwoliciela Izraela spod rzymskiej okupacji. Oczywiście nie przestał być apokaliptykiem więc zamiast wszcząć autentyczne zbrojne powstania na szeroką skalę, jak to uczynił później prawdziwy - uznany przez Izraela mejsasz - Bar Kochba - Jezus czekał na Górze oliwnej na cud, podlił się, aby legiony anielskie wsparły go w walce - stąd uważał, ze z taką pomocą wystarczy ledwie kilka mieczy.

Na temat tego, czy Jezus zapowiadał swoje zmartwychwstanie:
gdyby faktycznie Jezus zapowiedział swe zmartwychwstanie niezrozumiała były negatywne reakcje uczniów na wieść o pustym grobie Jezusa. U Marka niewiasty są zdumione i boją się. Jedenastu -- u Łukasza -- uważa słowa niewiast za „czczą gadaninę” i nie wierzą. Tomasz -- u Jana - dotyka ran Jezusa, aby się przekonać. Uczniowie zamykają się w wieczerniku. Zaczynają uciekać z Jerozolimy, ich strach rośnie. (...) [taka zapowiedź> przecież powinna była spowodować, że uczniowie reagowaliby na wieść o pustym grobie ze zrozumieniem, a nawet radością: przepowiednia ich Mistrza się spełniła!

Na temat bożego synostwa Jezusa
Z tym samym brakiem krytycznego dystansu, ks. Witczyk cytuje -- bardzo pierwotne -- sformułowanie z Rz 4a: „został ustanowiony według Ducha Świętości przez powstanie z martwych pełnym mocy synem Bożym”. Co to jednak znaczy „ustanowiony”? -- wypadałoby chyba zapytać. Czyżby Jezus nie urodził się od razu jako „Syn Boży”? Nie odpowiemy na rodzące się tu pytania, dopóki nie opiszemy najwcześniejszej chrystologii jako ewoluujacej z tekstu na tekst: od tej tutaj wersji Pawła z Rzymian, przez Marka (usynowienie w chwili chrztu), przez Mateusza i Łukasza, gdzie mamy „syna poprzez urodzenie”, aż po ewangelistę Jana, u którego „usynowienie” trwa od zawsze ( Jezus jako „odwieczne Słowo”wink. Jak celnie zauważył James Dunn w swym „ Jezusie pamiętanym” (2006), im późniejszy tekst, tym Jezus wcześniej zostaje „usynowiony” i jednocześnie bardziej wywyższony.

Na temat ewangelii dzieciństwa i wieczystego dziewictwa: Ponieważ ks. Witczyk w trakcie całej rozmowy wyrażał się o Meierze w samych superlatywach i powoływał na wyniki jego badań z pełnym zaufaniem, byłem niezmiernie ciekaw, jak ksiądz prowadzący ten wywiad zareaguje w pewnym momencie na wiadomość, że tzw. „wieczyste dziewictwo” matki Jezusa to tylko fikcja teologiczna, gdyż Jezus miał kilku rodzonych braci i kilka sióstr [27]. Niestety, o tym akurat szczególe, o który aż się prosiło, biorąc pod uwagę charakter rozgłośni — ks. Witczyk z jakiegoś powodu nie wspomniał ani razu.(…)
[27]Meier, podobnie jak większość krytycznych badaczy, odrzuca przekonanie, że nowotestamentalni bracia Jezusa z Mk 6:3; Mt 12:46; J 2:12 itd. byli jego kuzynami. “Jeśli — abstrahując od wierzeń i późniejszych nauk Kościoła — historyk lub egzegeta proszony jest o sformułowanie osądu na podstawie tekstów Nowego Testamentu i patrystycznych, które przeanalizowaliśmy (rozpatrywanych po prostu jako źródła historyczne), najbardziej prawdopodobna opinia będzie brzmiała, że bracia i siostry Jezusa byli prawdziwym rodzeństwem”. (John P. Meier, Family, Marital Status and Status as a Layman, w: tegoż, A Marginal Jew, t. 1, s. 331). Co najdziwniejsze, książka Meiera posiada imprimatur.

Ilość a jakość

Rocznik Statystyczny Kościoła: Afryka kontynentem nadziei, Europa w stagnacji
Radio Watykańskie/a.
Kościół katolicki najdynamiczniej rozwija się w Afryce i Azji. Europa przeżywa okres widocznej stagnacji. Na wszystkich kontynentach jest obecnie 1,131 mld katolików, którzy stanowią niewiele ponad 17 proc. światowej populacji.
(…)

Choć w Europie mieszka prawie jedna czwarta wszystkich katolików, to ich liczba wzrosła zaledwie o 1 proc., przy zasadniczej stagnacji przyrostu naturalnego. Liczba ochrzczonych zdecydowanie zwiększyła się natomiast w Afryce — o 22 proc. Wciąż najwięcej, bo ponad połowa katolików mieszka w obu Amerykach. Rocznik Statystyczny Kościoła informuje o prężnym wzroście liczby diecezji i innych jednostek administracyjnych oraz o dostrzegalnym rozwoju oś rodków duszpasterskich. Tu widoczne są pewne nierówności. Wciąż brakuje struktur duszpasterskich w Afryce i Azji. Na Czarnym Lądzie na statystycznego księdza przypada dwa razy więcej wiernych niż w Europie. W skali światowej można mówić o wzroście — o 0,5 proc. — liczby kapłanów. Ubywa ich na Starym Kontynencie i w Ameryce Północnej, a przybywa w Afryce i Azji. Te dwa ostatnie kontynenty są jednocześnie jedynymi, gdzie wzrosła liczba braci i sióstr zakonnych. Pewną ciekawostką jest fakt, że coraz więcej osób studiuje filozofię i teologię. Rocznik Statystyczny Kościoła informuje zarazem o wzroście — w skali światowej — liczby kandydatów do kapłaństwa.

Jak widać tam, gdzie ludzie żyją dostatnio i są nieźle wykształceni – tam chrześcijaństwo nie ma większych szans. Sądzę, że tu właśnie też leżało źródło sukcesu chrześcijaństwa w starożytności. (pisałem o tym na forum historyków), że źródło nie leżało w jakiejś szcególnej trafności czy tym bardziej “prawdziwości” idei w ogóle, ale trafności w odniesieniu do potrzeb ludzi ubogich, których nie było stać na udział w misteriach. Jak trafnie opisał ich Celsus grępląrze, szewcy, folusznicy, ludzie nieokrzesani i prości. A, ze ludzie ubodzy mają zwykle więcej dzieci (strategia prokreacyjna słabych – ilością przykryć jakość) rozmnażali się intensywniej i to dlatego (jak pisał socjolog Rodney Stark chrześcijaństwo rozprzestrzeniało się 40% na dekadę (choć ponoć według nowszych ustaleń było to tylko 17% – co bardziej prawdopodobne)). Czyli przede wszystkim nie na drodze nawracania nowych członków, ale rozmnażania starych.

Zresztą żaden wykształcony człowiek nie mógł poważnie myśleć o czczeniu skazanego za bunt cieśli z Galilei (vide Fronton, Celsus, Porfiriusz, Julian i miażdżąca większość senatu i arystokracji rycerskiej). Dopiero w III-IV wieku zaczęli się wśród chrześcijan w większej liczbie rodzić osoby na tyle inteligentne by zdobywać poważne (czytaj = helleńskie = pogańskie) wykształcenie i podjąć polemikę wartą odnotowania (Orygenes, Augustyn i… może ktoś jeszcze?).

Szaleństwo chrześcijaństwa

Czytam ostatnio książeczkę pod tytułowym tytułem :-) napisaną przez Fabio Ruggiero. Dość interesująca, choć z bardzo chrześcijańskiej perspektywy – tj. każdy kto krytykuje chrześcijaństwo po prostu go nie zrozumiał. Tym niemniej jest tu prezentacja wiekszości krytyków w przeglądzie historycznym z (najcenniejszymi w książce) fragmentami ich wypowiedzi. Czasami autor dokonuje sztuki zadziwiającej, gdy z jednego zachowanego jedno-dwu zdaniowego fragmentu znajduje materiał na napisanie całego rozdziału.

Znajdziecie tam:

W sumie polecam wam wydawnictwo WAM

Egzorcyzmy Anneliese Michel

Oglądaliście może film Egzorcyzmy Emily Rose? Polecam. Horror to wprawdzie kiepski, ale materiał poglądowy wyśmienity. Film bowiem oparty jest na faktach oraz – jakże by inaczej – ich chrześcijańskiej interpretacji. Nie tak dawno telewizja pokazała film dokumentalny na ten temat. Jak się okazało, wersja fabularyzowana dość blisko trzymała się historii. Nie będę tu jej omawiał, aby nie psuć nikomu zabawy.

Dwie rzeczy mnie jednak zastanowiły bo ukazują mentalność chrześcijan. Otóż, jak wiadomo galilejczycy określają szatana jako ojca kłamstwa. Z drugiej strony, jak można się było przekonać, święcie wierzą w jego słowa! Zwłaszcza, jeśli potwierdzają ich mniemania oczywiście. Otóż w czasie egzorcyzmów nigdy nie pominą okazji by dobrze demona przepytać. Tak było i w tym przypadku. Okazało się, że było ich sześć: Lucyfer, Judasz, Kain, Neron, Hitler i Fleischmann. Te ostatni to lokalna osobliwość – ksiądz, który prowadził wyjątkowo bezbożny – czytaj swawolny – żywot. Oczywiście wszyscy przyjmują, że owe demony mówiły prawdę co do własnej tożsamości! Doprawdy, rwać boki czy szaty, gdyby obie te postawy nie były niegodne człowieka poważnego jakim chcemy się stawać a nie tylko zdawać. Najbardziej żal mi Nerona, którego w demona przekształcili starożytni historycy, a był co najwyżej człowiekiem nie spełna rozumu.

Czy w ogóle to pojmujecie? Cóż to w piekle za porządki, skoro diabłów brakuje i Lucyferowi w opętywaniu niewinnego dziewczęcia muszą pomagać duchy (?) śmiertelników? Jak to się ma do katolickiej angeologii (i co na jedno pod tym względem wychodzi) demonologii – czyż nie ma ontologicznej różnicy między ludzką duszą a duchem czystym (aniołem vel diabłem)?

Ale to pryszcz, mało ważny, widać – zakładając, że to faktycznie było opętanie, a nie choroba psychiczna – księża dali się nabrać. Gorsze jest jednak i stokroć bardziej szalone co innego: oszustwo, które dalej jest wtłaczane ludziom. Otóż mówi się nam, i miał to objawić sam Chrystus i Maryja (a któż zbadał, czy to też nie były demony, co przybrały odmienna postać) iż to sam Bóg pragnie, aby dziewczę to było opętane!

Można nie raz usłyszeć, że religie helleńskie były nieludzkie, bo domagały się krwawych ofiar. To prawda, były nieludzkie, bo domagały się krwawych ofiar ze zwierząt. Chrześcijaństwo jest o wiele bardziej ludzkie, bo domaga się ofiar z ludzi. Co więcej ofiara ma to akceptować dobrowolnie (cóż za humanitaryzm: za chwilę cię poświęcą, więc raduj się!).