Jak o tym wiedzą osoby odwiedzające mój profil na FB od pewnego czasu stałem się fanem współczesnych walk gladiatorskich, czyli boksu zawodowego. Uznałem, że w czasach szerzącego się metroseksualizmu, pacyfizmu, ahinsy dobrze jest czasem popatrzeć na facetów, którzy nie boją się "nadstawiać drugiego policzka", choćby i z tak błahego powodu jak pieniądze. No i wypada chyba, by hellenista ze sportem coś do czynienia miał, nieprawdaż? A "nawrócił" mnie na boks Michael Katsidis.
Było to tak: dawniej miałem wyobrażenie o boksie wywiedzione z filmów typu Rocky, czyli, że jest to "sport" w którym różne osiłki leją się na ringu, zamiast pod remizą. Przerzucając kanały TV ujrzałem nagle wchodzącego na ring faceta w spartańskim hełmie na głowie, z wytatuowaną na plecach wielką gwiazdą z Werginy. No i z obowiązku wobec hellenizmu uznałem, że walkę obejrzę. Szczęśliwym trafem rywalem Katsidisa (bo on to stawał) był Juan Manuel Marquez, jeden z najwybitniejszych technicznie pięściarzy. Katsidis uległ ostatecznie ale pokazał, że spartański hełm nosi nie bez powodu. Takiego serca do walki, nieugiętości i waleczności nie powstydziłby się żaden z hoplitów Leonidasa. Natomiast obserwując Marqueza zacząłem rozumieć, że nie jest to tylko okładanie się po mordach, a znaczenie techniki jest wcale nie mniejsze niż szybkości i siły. Komu wydaje się, że wystarczy mieć potężne uderzenie, niech obejrzy sobie walkę naszych dwóch czempionów: Adamka i Gołoty (YT).
Tyle tytułem wytłumaczenia się.
Dodam jeszcze, że boks ma tę zaletę, że można w nim kibicować polskim zawodnikom narażając się na rozczarowanie znacznie rzadziej, niż w przypadku piłki nożnej. Odkryłem to całkiem niedawno, gdyż pierwotnie skupiłem się na poznawaniu niekwestionowanych mistrzów. Tymczasem okazuje się, że wielu z naszych rodaków jest na najlepszej drodze na sam bokserski olimp. Obejrzałem niedawno na przykład walkę świetnego Grzegorza Proksy, w której złoił niemieckiego exmistrza świata i Europy Sebastiana Sylwestra (YT).
Poza walorami sportowymi jedna rzecz zwróciła moją uwagę: Proksa, wzorem Pacquiao (filipiński mistrz świata wielu kategorii wagowych, uważany przez wielu za najlepszego pięściarza bez podziału na kategorie) zaczął pokazywać się z różańcem na szyi. Naturalnie, wielu katolików zapiało z radości na takie "świadectwo wiary". Tymczasem, gdy przyjrzymy się jego (oszczędnym) wypowiedziom na ten temat, to…
On daje mi siłę [...] Mam dwa różańce, które są dla mnie bardzo ważne. Jeden z nich dostałem od mistrza olimpijskiego Mariana Kasprzyka. Zrobił go własnoręcznie, specjalnie dla mnie. – Drugi sprezentował mi mój przyjaciel, angielski trener Ian Johnson. Wiara i modlitwa są dla mnie niezwykle ważne, ale nie zamierzam o tym opowiadać, bo to bardzo osobiste *).
Gdyby wziąć pod uwagę jedynie pierwsze i ostatnie zdanie, wypowiedź ta nie powinna budzić większych wątpliwości z katolickiego punktu widzenia. Ale zdania wewnętrzne stawiają całość w nieco szerszym kontekście. Okazuje się, że siłę daje bokserowi nie modlitwa na różańcu (a przynajmniej nie tylko), ale te konkretne różańce, z których jeden otrzymał od mistrza olimpijskiego. Jeśli to nie jest "magia i zabobon", to ja nie wiem co nimi jest.
Osobiście jestem dla takich zachowań pełen wyrozumiałości. Dotyczy to wszelkich zawodów związanych z dużym ryzykiem, gdzie ludzie muszą dodawać sobie pewności siebie, aby w ogóle podjąć się danego zadania. Dawniej na przykład z mnóstwa zabobonów słynęli żeglarze czy żołnierze. Teraz już służba na morzu jest mniej ryzykowna niż dawniej, za to liczba wypadków na drogach niewątpliwie sprzyja tej gałęzi przemysłu dewocyjnego, która specjalizuje się w amuletach dla kierowców ze świętym Krzysztofem.
Zauważyłem, że na ten temat rozgorzała całkiem spora dyskusja na portalu Fronda, a ściślej, nie tyle na temat magicznego traktowania różańca, co na temat czy sam boks jest, czy nie jest grzeszny. Większość, co zaskakujące, wypowiadało się dość rozsądnie. Zresztą, czego się dziwić, to wszak "wojujący" katolicy. Ale zjawił się też niejaki Mirosław Salwowski, podlinkowując swój artykuł (w sumie napisał na ten temat aż dwa 1) i 2)), gdzie wypowiadając się in pluralis maiestaticus, gromi grzeszność sportów walki. Cóż mu się nie podoba? Przede wszystkim, jak na dobrego chrześcijanina przystało, napawanie się przez publiczność widokiem przemocy, krwi i brutalności. Trzeba autorowi oddać, że usiłuje być konsekwentny, i w innym tekście wyraża pewien niesmak dla ilości przemocy, krwi i okrucieństwa w Pasji Mela Gibsona. Dla tego ostatniego widowiska znajduje jednak usprawiedliwienie: ma ono wszak chrześcijan zasmucać, a nie radować, przywodzić na myśl własne grzechy i boskie miłosierdzie, i skłaniać do refleksji. A zatem nie sam widok krwi i okrucieństwa, ale jego funkcja jest istotna. Inaczej należałoby zapytać, po cóż w szkolnych klasach wiesza się obrazowe streszczenie Pasji – krucyfiks z torturowanym skazańcem. Teraz wiemy: by wzbudzić w chrześcijańskich dzieciach poczucie własnej grzeszności, smutek i refleksję. Miejmy na dzieję, że tego ostatniego ostatecznie wzbudzi najwięcej.
Wyłania się zatem satysfakcjonujący kompromis: niech każdy ma widowiska, których pragnie: poganie "gladiatorskie" ku uciesze, a chrześcijanie ku smutkowi. Dopóki jedni drugich nie zechcą zmuszać do życia według własnych zasad, możemy się tak podzielić. pozostaje mieć nadzieję, że nie spełni się na nas diagnoza wybitnego uczonego:
Każdy lud, który boi się krwi tak dalece, że jest niezdolny do obrony, wcześniej czy później stanie się łupem jakiegoś wojowniczego ludu. V. Pareto










