70. Rocznica zbrodni katyńskiej w Szczecinie – tylko dla katolików?

Dziś w Szczecinie odbyła się uroczystość upamiętniająca bestialski mord na polskich oficerach, którego dopuściło się sowieckie NKWD. Spod Urzędu Miejskiego na Placu Armii Krajowej – gdzie zgromadzili się nie tylko przedstawiciele lokalnej władzy, ale także kombatanci, wojskowi, rodziny ofiar katyńskich, poczty sztandarowe szkół podstawowych i ponadpodstawowych oraz liczne grono prywatnych obywateli – wyruszył pochód zmierzający do nieodległego Placu Ofiar Katynia. Na owym Placu znajduje się siedziba dominikanów, a może raczej należałoby powiedzieć, że to Plac znajduje się przy siedzibie dominikanów, bo pomnik poświęcony ofiarom katyńskiej zbrodni jest wciśnięty pomiędzy dominikańską kaplicę i „duszpasterską” księgarnię — i przez to oczywiście ledwie widoczny. Po dotarciu na miejsce odbyło się… nie, wcale nie odśpiewanie Mazurka Dąbrowskiego, wcale nie uroczysty apel wojskowy! Odbyło się kazanie prałata Ziejewskiego i kolektywna modlitwa do Jezusa i Marii. Wówczas oddaliłem się, by zapalić papierosa, bo przecież nie będę obłudnie klepał pacierza i wzywał boga, którego nie otaczam czcią. Nie miałem także ochoty wysłuchiwać cytowanych mądrości Jana Pawła II — chciałem tam być i przeżyć uroczystość na swój sposób. Usiadłem więc na murku, by zaczekać na rozpoczęcie warty. Po przemarszu pocztów sztandarowych złożyłem kwiaty pod pomnikiem.

Poczułem się jednak wyłączony ze wspólnoty, choć przecież przyszedłem tam, by uczcić pamięć ofiar katyńskich, podobnie jak katolicy. Ale wygląda na to, że nie wszyscy obywatele mogą czuć się równie potrzebni podczas uroczystości narodowych — niektórzy muszą znosić obecność kapłanów, z których religią i nauczaniem się nie utożsamiają, mimo że czują to samo, co wszyscy zgromadzeni. I przede wszystkim mają potrzebę bycia we wspólnocie, uczestniczenia w ważnym dla Ojczyzny wydarzeniu. Tymczasem taki scenariusz obchodów prowadzi do polaryzacji społeczeństwa, powoduje rozbicie narodowej jedności. Znowu są „my katolicy” i „oni inni”. A przecież hołd ofiarom Katynia przyszli złożyć zarówno katolicy, zapewne także chrześcijanie innych obrządków, ateiści i poganie (choć nie wiem, czy nie byłem jedynym przedstawicielem tej grupy, ale to bez znaczenia) — wszyscy jednak, niezależnie od wyznania czy światopoglądu, są przecież Polakami i obywatelami Rzeczypospolitej; i wszyscy przyszli na Plac Ofiar Katynia w tym samym celu.

Zdaję sobie sprawę, że katolickie akcenty mogły być ważne dla niektórych spośród zgromadzonych, a zwłaszcza dla ludzi starszych, dla których pochód i następnie stanie przy pomniku były zapewne fizycznie wyczerpujące. Nie mogę też (i nie zamierzam) odmawiać starszemu pokoleniu możliwości pomodlenia się do boga, w którego wierzą, podobnie jak wysłuchania kaznodziei, skoro mają taką potrzebę. Ale nie widzę powodów, dla których miałoby się to nie odbyć PO rozpoczęciu warty, przemarszu pocztów i złożeniu kwiatów pod pomnikiem, czyli wszystkich istotnych elementach uroczystości. Kaplica znajduje się przecież o krok dalej i wówczas mogłaby się odbyć msza dla tych, którzy chcą w niej uczestniczyć. Ludzie starsi mogliby przy okazji usiąść i odetchnąć w nieco chłodniejszym miejscu (ponieważ działo się to w południe, było dość ciepło). Czy to nie byłoby dobre i kompromisowe rozwiązanie, nie stawiające obywateli jednego wyznania w pozycji uprzywilejowanej?

Być może moje powyższe słowa zostały wypowiedziane nie w porę z uwagi na klęskę, która dotknęła Rzeczpospolitą w ostatnich dniach, dlatego mogą zostać odebrane przez niektórych jako moje prywatne i osobnicze kaprysy. Zapewniam jednak, że powodowała mną jedynie troska o dobro publiczne, dlatego też poruszyłem kwestię, którą uważam za ważną — abyśmy faktycznie mogli być razem w tych trudnych dla Polski chwilach.

Share

“Niech pozostanie z dala od nas taka religia”

Na temat chrystianizacji ludów słowiańskich często słyszy się obiegową i błędną opinię, utartą i do tej pory podtrzymywaną przez kościelną propagandę, jakoby to wysoko etycznie stojące chrześcijaństwo przekazało swoją „znakomitą i jedyną” moralność barbarzyńskim i prymitywnym dzikusom z lasu, zwanym w skrócie poganami. Poganie skakali po drzewach i wywijali maczugami, ale na szczęście przyszli kapłani krzyża, ukazali dzikusom, czym jest miłość bliźniego oraz wzajemne poszanowanie, i tak został Słowianom zaszczepiony jedynie prawowity kodeks etyczny, który wyrwał ich z mroku bezprawia. Smutne, że w Polsce taką właśnie opinię mają o swoich przodkach współcześni chrześcijanie. Tymczasem nie ma od takiej opinii nic bardziej błędnego i bardziej krzywdzącego! Gdy przyjrzymy się bowiem temu, co zanotowali kronikarze niemieccy (a więc pisarze raczej Słowianom niechętni) na temat plemion Lechitów, okazuje się, że nie tylko funkcjonowały wśród nich dalekie od „barbarzyństwa” zasady moralne, ale również — co jest może ważniejsze – że to właśnie chrześcijanie byli w oczach pogan bez mała dzikusami! Na początek oddam głos Adamowi z Bremy, który tak charakteryzuje pomorskich Wolinian:

„Wszyscy mieszkańcy bowiem jeszcze dotąd podlegają błędom pogaństwa; ale pod względem obyczajów i gościnności nie znajdzie się lud bardziej uczciwy i przychylny innym ludziom.”

Już te słowa powinny wystarczyć, aby zamknąć usta tym, którzy chcieliby widzieć w dawnych Słowianach ludzi grubych i prymitywnych. Nasi przodkowie mieli swoje obyczaje i wewnętrzne prawa (mir), które wzbudzały szacunek nawet sąsiadujących z nimi ludów chrześcijańskich. By jeszcze dobitniej to wykazać, posłuchajmy, co niepomiernie zdziwiło Herborda, biografa Ottona z Bambergu i jego towarzysza w podróży do Wolina:

„Taka zaś między nimi jest wiara i społeczna świadomość, że całkiem nie znajdziesz wśród nich złodziei lub oszustów. Skrzyń lub schowków zamkniętych nie posiadają, bo ani zamka, ani klucza u nich nie widzieliśmy. Co więcej, bardzo się dziwili, że tobołki nasze i skrzynie widzieli pozamykane. Odzież swoją, pieniądze i wszystkie kosztowności swoje chowają w beczkach i stągwiach całkiem zwyczajnie przykrytych. Nie obawiają się żadnego oszustwa, bo go sami nie czynią i nie doznają.”

Komentarz do słów niemieckiego kronikarza nie jest chyba potrzebny. Wyraźnie dostrzega on w Wolinianach ludzi prawych i uczciwych, którzy poważają cudzą własność i ufają współplemieńcom, co świadczy o mocnym poczuciu wspólnoty — myślę, że współcześni Polacy mogliby wiele się od nich nauczyć, bo w naszym katolickim kraju ciężko jest dziś spotkać kogoś, kto mógłby poszczycić się podobnym zachowaniem.

Nie chcę zarzucać Czytelników kolejnymi cytatami, ale sądzę (a przynajmniej mam taką nadzieję), iż każdy wie, że jedną z najbardziej do dziś poważanych cnót wśród narodów słowiańskich jest gościnność. Ta gościnność jednak nie jest nabytkiem chrześcijańskim, lecz również dziedzictwem pogańskiej przeszłości (czego dowodzą chociażby cytowane wyżej słowa Adama z Bremy). Nie tyczy się to oczywiście jedynie Lechitów i innych Słowian zachodnich. W dziele „Strategikon”, które tradycja przypisuje cesarzowi bizantyńskiemu Maurycjuszowi (choć prawdopodobnie napisał je ktoś z dworskiego otoczenia władcy, stąd też nazywa się tego autora Pseudo-Maurycjuszem) spotykamy ciekawe poświadczenie owej gościnności, które dobitnie wykazuje, że była ona jednym z najwyższych nakazów moralnych, jeśli nawet nie najwyższym. Otóż powszechne wśród naszych południowych krewniaków było, jak możemy się ze „Strategikonu” dowiedzieć, nie tylko podejmowanie z szacunkiem, ale również stawanie w obronie cudzoziemców, gdyby tylko ktokolwiek inny z plemienia dopuścił się wobec nich zniewagi (łamiąc tym samym mir). Wówczas gospodarz, który pierwej gościł przybysza, uważał za punkt honoru mścić się na swoim sąsiedzie, gdyby tylko ów dopuścił się wyrządzić tamtemu krzywdę!

Zanim przejdę dalej, by zamknąć swój wywód, pozwolę sobie na krótką dygresję. Nie chcę bowiem, aby ten artykuł przypominał naiwną idealizację dawnych Słowian. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie byli oni wcale „bez skazy i zmazy”, że na pewno zdarzali się wśród nich ludzie niesprawiedliwi, aspołeczni, niegodni zaufania i pyszni, ale takie jednostki można spotkać niestety wszędzie. Doskonale też zdaję sobie sprawę, że Słowianie potrafili zarówno być okrutni, jak i stosować przemoc na szeroką skalę – w stopniu wcale nie mniejszym niż ich chrześcijańscy sąsiedzi. Jedyne, co postawiłem sobie za cel przystępując do pisania tego artykułu, to położenie kresu z gruntu kłamliwym i oszczerczym poglądom, jakie żywi większość naszego społeczeństwa, karmiona mlekiem katolickiej doktryny. I mam nadzieję, że przynajmniej w jakimś stopniu zdołam to zrobić.

Nadszedł więc chyba czas, abym wyjaśnił Czytelnikom, dlaczego ośmieliłem się stwierdzić, że to właśnie chrześcijanie byli dla pogan bez mała „dzikusami” – sami wyznawcy Chrystusa bardzo lubią nadużywać tego określenia w odniesieniu nie tylko do Słowian, ale w ogóle do wszystkich, którzy nie czczą ich boga, a dobrze by było, gdyby spróbowali się trochę głębiej zastanowić, zanim zaczną bezpodstawnie wywyższać swoją religię nad inne.

W związku powyższym muszę wyjaśnić, skąd pochodzi cytat, który uczyniłem tytułem tego artykułu. Otóż zaczerpnąłem go z przywoływanego już „Żywota świętego Ottona” pióra Herborda. Jest to fragment istotny, gdyż jednoznacznie zaprzecza domniemanemu wyglądaniu chrześcijaństwa przez Słowian z oczekiwaniem i otwartymi ramionami, jako ratunku od „ciemnoty” i „barbarzyństwa”. Podczas swej pierwszej misji na Pomorze (w roku 1124) Otton dotarł do Szczecina, którego mieszkańcy uznali, że nie porzucą pradawnej wiary i ojczystego obyczaju, ponieważ chrześcijaństwo nie przedstawia dla nich żadnej wartości, jako że… jest niemoralne! Wśród chrześcijan są bowiem, zdaniem Szczecinian, ludzie źli i zbrodniczy, a kary za zbrodnie, wymierzane przez chrześcijanina chrześcijaninowi, są często okrutne i niewspółmierne do popełnionej winy (nie mówiąc już o tym, że stoi to w jawnej sprzeczności z wyznawanymi ideałami miłosierdzia), dlatego też nie chcą Szczecinianie mieć z taką religią nic wspólnego. A kto nie wierzy, niech posłucha Herborda i przemyśli jego słowa:

„Oświadczyli oni [Ottonowi], że ojczystych praw nie porzucą, że zadowala ich ta religia, którą wyznają, potępiają zarazem religię chrześcijańską, wśród chrześcijan są bowiem złodzieje i rozbójnicy, obcinają im nogi, pozbawiają oczu, wszelkiego też rodzaju zbrodnią i karą kala się chrześcijanin przeciw chrześcijaninowi — niech pozostanie z dala od nas taka religia”.

Share

Spóźniony zapłon?

 

Gdy przeglądałem wpisy Autorów „Pantheionu” i „Antychrysta” na ich blogach, natrafiłem na tekst „Chrześcijański freestyle” Epikurosa, którego fragment zacytuję, gdyż stanowi on esencję tego, do czego chciałbym się odnieść:

„Co się tyczy samego chrześcijaństwa, tutaj też mamy multum wyznań. Tworzą się zwykle z podziałów, z odłamów. Podziały istniały od początku, jak tylko nauka Jezusa zyskiwała na popularności, rodziło się coraz więcej nowych pomysłów jak stworzyć z niej doktrynę religijną. (…)
Tak naprawdę niewielu ludzi wierzy w tego samego Boga. Trzeba dysponować wiedzą religijną na wysokim poziomie, aby zdawać sobie sprawę w co się wierzy. Większość katolików, choć nie wykluczam, że sprawa ma się podobnie w innych wyznaniach, czy religiach, wierzy w swojego własnego, wymyślonego Boga. Ludzie mają swoje wyobrażenie na temat Boga w którego wierzą, każdy wyznaje go nieco inaczej, większość relatywizuje etykę, którą daje mu jego religia. Nie tylko religie nie mają wspólnego promienia prawdy, nie tylko monoteizmy wyznają różnych bogów, nie tylko wyznania różnią się od siebie w zasadniczych kwestiach – w każdej najmniejszej parafii co wierny, to inne bóstwo.”

Muszę przyznać, że moje obserwacje poglądów i zachowań tych chrześcijan, z którymi mam styczność, są bardzo zbliżone. Niektórzy wyznają jakiś „tradycyjny” odłam tej religii, mający charakter schizmy, np. protestantyzm, inni należą do Świadków Jehowy czy innych, mniejszych wspólnot, każdy natomiast stoi na pozycji z apologety „swojej prawdy o chrześcijaństwie”, choć (muszę to sprawiedliwie przyznać) nie brak także otwartości na dialog. Mało tego, nawet ci, którzy nazywają siebie katolikami i należą do oficjalnego Kościoła, często mówią, że nie uznają niektórych dogmatów i nauk „matki”, tworząc sobie samodzielnie mniej lub bardziej spójną wizję świata i swojego boga. Powiem szczerze, że nie uważam, aby taka sytuacja była niepożądana, a nawet więcej: sądzę, że powinna być w pewien sposób pielęgnowana.

Przyszło mi na myśl, że gdyby wywołać ze świata podziemnego cień cesarza Juliana i opowiedzieć mu o obecnej sytuacji Kościoła, władca byłby usatysfakcjonowany. Choć „Apostata” panował tylko przez dwa lata, miał dobry plan na walkę z chrześcijaństwem i Kościołem, który zagarniał coraz więcej i rozszerzał sieć swoich wpływów. Cesarz był bowiem zdania, że wewnętrzne spory doktrynalne tak dalece osłabią autorytet „sanctae ecclesiae”, że wierni sami zaczną się powoli „wykruszać”, porzucając tę religię całkowicie lub zasilając grono heretyków, podzielonych na tak liczne grupy, że chrześcijanie (jako całość) nie będą już stanowić żadnej liczącej się siły politycznej i religijnej. Wydaje się, że plan ten, choć nie powiódł się z powodu krótkiego panowania cesarza, zaczyna działać… właśnie dziś! Powstają nowe ruchy, instytucja Kościoła zaczyna coraz gwałtowniej tracić na znaczeniu, a ci, którzy do niego należą, zaczynają podważać doktryny głoszone przez odzianych w czarne sutanny kapłanów i tworzyć sobie własne, często całkowicie indywidualne i subiektywne, „małe chrześcijaństwo”. Kościół zdaje sobie z tego sprawę, co zauważył Feanaro („Tolerancja i prześladowanie po chrześcijańsku”) podczas lektury „Gościa niedzielnego”:

„(…) pan redaktor (nazwiska nie pomnę) wyraził swoje oburzenie i przerażenie tym, że Europa ‘wraca do czasów sprzed panowania cesarza Konstantyna’, czyli do czasów ‘równości wszystkich wiar i światopoglądów, ich pokojowego i bezkonfliktowego współistnienia’(…).”

Może jestem nadmiernym optymistą, ale sądzę, że nawet nasz kraj, gdzie podobno procent katolików jest tak wysoki, że nawet najmocniejszy spirytus tyle nie ma, również ma duże szanse, by wyzwolić się spod buta watykańskiego okupanta — wówczas będziemy mogli mówić o całkowicie niepodległej Rzeczypospolitej. Takiej, jaką miało stać się Imperium Romanum pod rządami Juliana Wielkiego.

Share

Dialektyka chaosu i ładu w słowiańskiej mitologii

Artykuł, który oddaję w ręce Czytelników, jest próbą interpretacji mitologii słowiańskiej w kontekście filozofii samotnika z Efezu, którego myśl została przypomniana i odświeżona na przez Rutiliusa („Mędrzec efeski”). Szkic ten będzie więc korespondował do pewnego stopnia z rzeczonym tekstem, jakkolwiek postaram się wzbogacić go o kilka nowych wątków i przedstawić, jak rozumiem wymienioną w tytule dialektykę przez pryzmat naszej rodzimej mitologii. Nie będę mógł poruszyć wszystkich wątków mitycznych, w których występuje idea walki przeciwieństw, gdyż temat jest zbyt obszerny na krótki artykuł, ograniczę się więc do tych, które uważam za najistotniejsze.

„Wojna jest matką wszystkich rzeczy.”

Kosmogoniczny mit słowiański, który możemy odtworzyć na podstawie badań etnograficznych, zasadza się na walce dwóch sprzecznych ze sobą pierwiastków: uranicznego (wprowadzającego ład) i akwatyczno-chtonicznego (będącego istotą chaosu), z których pierwszy to najpewniej Swaróg, a drugi Weles, zwany także Czarnobogiem (w przekazach ludowych, które uległy chrystianizacji, występują Bóg i Diabeł). Przedstawię pokrótce mit kosmogoniczny Słowian, by móc przejść do jego interpretacji.

Na początku istniało niebo i bezmiar pierwotnego morza, który Swaróg przemierzał swoją łodzią. Następnie z morskiej piany wyłonił się jego adwersarz, Czarnobóg (ciekawy jest wątek zachowany w micie bułgarskim: Czarnobóg rodzi się z odbicia twarzy Swaroga w tafli wody). Czarnobóg zostaje zaproszony przez Swaroga do łodzi, po czym przedstawia mu się i proponuje stworzenie świata. Ponieważ do dokonania aktu kreacji potrzebna jest ziemia, Czarnobóg musi zanurkować na dno morza (jest to bowiem jego sfera suwerenności), a następnie przynieść ją na powierzchnię jako pierwociny, z których obaj stwórcy ukształtują zalążek świata. Czarnobóg nurkuje ze słowami: „Przyniosę ją w imię moje i twoje”, a następnie zanurza się, jednak nie może utrzymać piasku, który wypływa mu spomiędzy szponów. Sytuacja powtarza się po raz drugi, za trzecim razem natomiast, gdy Czarnobóg zamienia kolejność zaimków dzierżawczych („Przyniosę ją w imię twoje i moje”), udaje mu się przynieść piasek na powierzchnię wody. Obaj stwórcy formują pierwotną ziemię, a następnie zasypiają z powodu zmęczenia. Czarnobóg budzi się pierwszy i postanawia zepchnąć Swaroga do morza, by panować nad światem niepodzielnie. Nie może tego jednak uczynić – mimo że próbuje najpierw na wschód, potem na zachód, wreszcie na południe i północ – gdyż pod ciałem Swaroga przybywa ziemi. Następnie Swaróg, który udawał jedynie, że śpi, rzekł: „Pobłogosławiłeś mym ciałem ziemię” (chodzi tu nie o znak krzyża, ale o wyznaczenie czterech stron świata). Czarnobóg jest wściekły, rozpoczyna się walka, w efekcie której ziemia coraz bardziej się rozrasta, aż w końcu Swaróg strąca swego adwersarza do podziemnej krainy, sam zaś odchodzi ku niebiosom, by więcej nie zajmować się światem (swoje kompetencje przekazuje dynamicznemu bóstwu, które jest aktywnym w sferze atmosferycznej władcą błyskawicy — Perunowi).

O ile Swaróg stał się deus otiosus (bogiem wypoczywającym), który nie ingeruje w sprawy ludzi i nie przejmuje się światem, o tyle Czarnoboga krępuje fakt, że został pokonany w kosmicznym pojedynku, dlatego też pozostaje uwięziony przez łańcuch o 365. ogniwach, które jednak systematycznie pękają (czas jesieni i zimy), by jednak zaplatać się ponownie na wiosnę, która jest początkiem dominacji bogów niebiańskich, przynoszących życie i ciepło. Ponowne uwięzienie Czarnoboga następuje podczas pierwszej wiosennej burzy (czas topnienia lodów), w której widziano pojedynek między Perunem i “wiążącym wody” Welesem. Do tego mitu jeszcze wrócę.

Inna opowieść, którą warto wspomnieć, głosi, że Swaróg zszedł do dziedziny Welesa, aby wykraść nieco ognia z podziemnej Ognistej Rzeki (jak głosi jeden z przekazów południowosłowiańskich, oddziela ona Nawię od Wyraju), a następnie wykuł z niego Słońce, które stało się „bożym okiem” oraz stanowiło impuls do rozwoju życia. Swaroga widziano więc jako boskiego kowala, twórcę słonecznej tarczy (kult solarny był u Słowian bardzo rozbudowany) i patrona rzemiosł, który oddając swoją władzę nad ziemią Perunowi, podarował mu ogień w postaci ciskającego błyskawice Piorunowego Młota. Trzeba przy okazji tego mitu podkreślić, że aby dokonać aktu kreacji (wykuć Słońce) Swaróg musi zejść do sfery chtonicznej (aby zdobyć ogień). Jest to kolejne potwierdzenie konieczności udziału obu boskich sił w procesie stwarzania świata.

Związanie słowiańskiego mitu kosmogonicznego z myślą Heraklita z Efezu nasuwa się samoistnie, gdyż to, co ów mędrzec przekazywał językiem filozoficznym, opowieść przekazuje w formie symbolicznej: wszystko, co istnieje, istnieje dlatego, że działają siły życiodajne i tworzące, lecz oprócz nich także siły destruktywne, gdyż „To, co boskie, jest dniem i nocą, latem i zimą, wojną i pokojem, nasyceniem i głodem”.Gdy przyjrzeć się fabule opowieści o stworzeniu świata i roli, jaką pełnią nadrzędne moce kosmiczne, które organizują całą rzeczywistość, można stwierdzić (być może z pewną grozą), że to hipostaza chaosu jest siłą, która inicjuje powstanie kosmosu! Innymi słowy mówiąc: bezład musi istnieć, aby mógł zaistnieć porządek, Wszechświat powstaje jako efekt porządkowania chaosu, ale to on jest czynnikiem, który zapoczątkowuje proces twórczy, choć nie jest jedyną działającą w nim mocą. Ta zależność jest więc obustronna, gdyż aby świat trwał, obie sfery suwerenności muszą toczyć ze sobą nieustanną walkę, której miejscem jest „punkt styczności”, czyli ziemia, podległa im obu w równym stopniu, jako że jest środkiem między domenami podziemną i niebiańską.

„To, co rozbieżne, schodzi się. Z tego, co różne, najpiękniejsza harmonia.”

Heraklit podkreślał, że mimo toczącej się nieustannie walki pomiędzy przeciwstawnymi elementami, zgadzają się one ze sobą, gdyż wzajemnie się warunkują i jedno nie mogło by istnieć bez drugiego, jako że wszystko jest systemem opozycji, które osiągają harmonię wyższego rzędu – jednak może ją dostrzec jedynie mędrzec, który wsłuchuje się w głos logosu: „Nie mnie, lecz rozumu słuchając, mądrze jest przyznać, że wszystko jest czymś jednym”.

Ideę podobnej harmonii można dostrzec również w słowiańskim mitycznym modelu Wszechświata, w postaci jednoczącej wszystkie trzy poziomy (niebo, ziemię i podziemie) axis mundi, osi świata. Najczęściej mówi się w tym kontekście o Kosmicznym Drzewie lub Drzewie Życia, które wznosi się na środku świata, koronę ma w niebiosach (Wyraj), a korzenie w podziemiu (Nawia). Symbolizuje ono jedność wszechrzeczy, harmonię między chaosem i ładem, ale jest też miejscem walki, jaką toczą prezentujący te zasady bogowie (Perun i Weles). Wspomniałem już ich wiosenny pojedynek, ale podobną walkę Gromowładcy z “wiążącym wody” adwersarzem widziano także podczas letnich wypadków suszy, gdy ziemia pożąda deszczu.

W micie tym Weles (w postaci Żmija, trójgłowego smoka) porywa boginię Perperunę, małżonkę Gromowładcy, odpowiedzialną za otwieranie i zamykanie wrót deszczu, a następnie uprowadza trzody, kryjąc je w ciemnej pieczarze. Deszcze przestają padać, ziemia przestaje rodzić, ludzie zostają pozbawieni pożywienia. Wówczas Perun, uzbrojony w Piorunowy Młot (w innych wersjach w łuk, miecz lub topór) zstępuje z nieba i pędząc na rydwanie, poszukuje swego kosmicznego adwersarza. Żmij przybiera postać krowy, konia i człowieka, próbuje ukryć się za drzewem i kamieniem, ale nie udaje mu się zmylić Peruna, dochodzi więc do pojedynku. Gromowładny ubija bestię, strąca ją do Podziemia, uwalnia bydło i swoją małżonkę, a ziemię zrasza „żywa woda”, ożywczy deszcz, dzięki czemu zaczyna ona rodzić życie, staje się płodna i pełna twórczej mocy. Siły destruktywne zostają pokonane, lecz nie unicestwione, gdyż uderzą ponownie w stosunku do wyznaczonych cykli czasu, lecz również nie posiądą całkowitej władzy z tych samych względów, gdyż „Na kole początek i koniec są wspólne” — gdy aktywność jednego z elementów osiągnie swoje apogeum, zacznie on nieuchronnie przechodzić w swoje przeciwieństwo (w kalendarzu agrarnym był to moment zżęcia zboża i rozpoczynające porę jesienno-zimową Święto Plonów).

W micie tym obecny jest także wątek wędrówki żywiołów, ognia i wody, pomiędzy obydwoma sferami suwerenności: wedle słowiańskich wierzeń woda (zasadniczo przynależna „dołowi”) wędruje po tęczy w górę (lub jest noszona przez duchy chmur z ziemi w bukłakach utkanych z mgły), by spaść w postaci deszczu, ogień natomiast „spada” na ziemię w postaci pioruna i promieni słonecznych. Cały ten kompleks podkreśla ambiwalencję żywiołów, które noszą w sobie zarówno siłę życiodajną jak i śmiercionośną.

„Granic duszy nie znajdziesz, choćbyś wszystkie przeszedł drogi — tak głęboki jest jej logos.”

Tę sentencję Heraklita można również ciekawie zinterpretować z punku widzenia słowiańskich wyobrażeń o duszy i następnie powiązać z ideą powszechnej walki przeciwieństw, w człowieku mieszka bowiem nie jeden (jak w chrześcijaństwie), lecz kilka aspektów duchowych, lub inaczej: dusza ma kilka „poziomów”. Mit antropogoniczny, zachowany najlepiej na Rusi, mówi o Swarogu, który, podczas kąpieli w łaźni, spocił się i otarł wiechciem ze słomy, a następnie zrzucił go z niebios na ziemię. Z tego wiechcia Czarnobóg ulepił człowieka, który ożył, dzięki obecnej w nim niebiańskiej iskrze, ale musi umrzeć, ponieważ (podobnie jak cały Wszechświat) jest dziełem obu boskich adwersarzy i każdy z nich ma względnie równą władzę nad śmiertelnikami. Życiodajną, niebiańską duszę wyobrażano sobie w postaci ptaka, który w chwili śmierci ulatuje do Wyraju, by tam (w koronie Drzewa) dojrzewać jako pisklę, które następnie powróci na ziemię, by wejść w kobiece łono. Drugą duszą, „podziemną”, był cień, widmo-kopia człowieka żyjącego, przybierający postać tzw. kołtuna, będącego uosobieniem chorób, które dręczą ciało. To widmo, po śmierci człowieka, trafia do Nawii, podziemnej domeny Welesa. Trzecią duszą była indywidualizująca jednostkę dusza-jaźń, będąca psychiczną samoświadomością danego człowieka. Przedstawiona charakterystyka jest ogólna i pobieżna, ale nie jest moim nadrzędnym celem omawianie słowiańskiej koncepcji człowieka jako istoty duchowej sensu stricto, ale fakt, że jako mieszkaniec „sfery środka”, człowiek jest rozdarty pomiędzy przeciwieństwami, między chaosem i ładem, szczęściem i nieszczęściem, radością i cierpieniem, życiem i śmiercią, a każda z opozycyjnych sił ma nad nim mniejszą lub większą władzę – zależy to bowiem od jego przeznaczenia.

„To, co rzeczywiście jest mądre, chce i nie chce być zwane imieniem Dzeusa.”

Aby zamknąć ten szkic, wspomnę jeszcze o myśli teologicznej Heraklita z Efezu, którą wyraża w powyższej maksymie stwierdzającej, „czym jest Dzeus” – lub może szerzej, „czym są bogowie”. Filozof uważa zasadniczo, że pod antropomorficznymi wyobrażeniami bogów, charakterystycznych dla mitów, kryje się boski logos, będący „boskim eterem” i „ogniem”. Bogowie są osobnymi siłami, ale zjednoczonymi w tym boskim „ogniu”, który, mimo swoistego „rozwarstwienia” na opozycyjne siły, będące w stanie walki, jest jednością, harmonią przeciwieństw. Bogowie, znani z mitów, niejako symbolizują poszczególne aspekty aktywności pramaterii-zasady, z której wszystko powstaje, w czym się zawiera, i w czym się rozpływa. Boska zasada jest jednością, ale jednocześnie rozdzieloną na przeciwieństwa, jest jednocześnie tworząca i destruktywna, życiodajna i uśmiercająca, dlatego też najpełniej wyrażona zostaje, na poziomie mitycznych i religijnych wyobrażeń, przez wielość bogów i bogiń.

Share