W jednym z ostatnich numerów "Gościa niedzielnego" (czasem przeglądam, śmiech miesza się wówczas z przerażeniem. Śmiech z głupot które tam wypisują, przerażenie takoż) pan redaktor (nazwiska nie pomnę) wyraził swoje oburzenie i przerażenie tym, że Europa "wraca do czasów sprzed panowania cesarza Konstantyna", czyli do czasów "równości wszystkich wiar i światopoglądów, ich pokojowego i bezkonfliktowego współistnienia", po czym dodaje "oczywiście, bez chrześcijaństwa". Pan redaktor kreśli wizję tolerancyjnej Europy, iście hellenistycznego świata koegzystencji kultur, nacji i wiar, gdzie jednocześnie chrześcijanie będą prześladowani i mordowani.
Nie miejsce tu na opisywanie prześladowań w Imperium Romanum. Wiele atramentu wylano na odkłamanie ich wizji przedstawianej przez Kościół, ot chociażby wskazanie że Nerona sprawy religijne zupełnie nie interesowały, a prześladowania w późniejszym okresie nie wynikały stricte z tego w co chrześcijanie wierzyli (bo i inne ekstremalniejsze wiary w cesarstwie istniały), lecz z tego jaki stosunek do państwa, kultury i wyznawców innych wiar prezentowali.
Kreśli się wizję straszliwie gnębionych w cesarstwie chrześcijan, która się rozmija całkowicie z faktami. Dziś nadal chrześcijanie są gnębieni. Już pal licho, że w Europie prześladują ich geje, świeckie państwo, feministki, ekolodzy i cykliści. Nadal propaganda kościelna mówi o koszmarnym losie chrześcijan w rejonach świata, gdzie… chrześcijanie nie dominują, jak niegdyś w cesarstwie. O każdym niechrześcijańskim kraju (czy ściślej – niekatolickim, bo Rosja na przykład jest również rzekomo piekłem dla katolików) nieustannie słyszymy, jak to tam chrześcijan prześladują. W rzeczonym wyżej "Gościu niedzielnym" opisywano jakiś czas temu "piekło chrześcijan" w Chinach, jak to np. chrześcijanom w tym kraju "łamie się ręce na ulicy". Panu redaktorowi można pewnie z powodzeniem zadać padające w "Weselu" Wyspiańskiego pytanie "Wiecie choć gdzie Chiny leżą?"
Jasne, w telewizji każdy widział antychrześcijańskie rozruchy w Indiach jakiś czas temu. Ale nikt nie zadał sobie pytania, jaka była ich przyczyna. Taka jak zawsze. Nachalny prozelityzm chrześcijan wobec wyznających inną wiarę "podludzi" (wszak nieochrzczeni, więc nie ludzie), czy absolutny brak szacunku dla lokalnych tradycji i zwyczajów. W XVII wieku zakazano oficjalnie chrześcijaństwa w Japonii, wkrótce potem w Chinach. Nagle, po kilkudziesięciu latach swobodnej działalności misjonarskiej i masowych konwersjach. Dlaczego? Bo uznano je za religię zagrażającą porządkowi społecznemu. Bo chrześcijanie nie integrowali się ze społeczeństwem, ale uświadamiali "barbarzyńców" że bez wiary w hebrajską Bozię czeka ich piekło, zresztą rękami portugalskich i hiszpańskich żołnierzy za życia wysyłając już ich do tego piekła. Po rozum do głowy poszli o dziwo jezuici, którzy w pewnym momencie próbowali przekonać Watykan że cześć oddawana Konfucjuszowi i innym wielkim filozofom to nie "czczenie diabła". Oczywiście, bezskutecznie.
Tak więc chrześcijan gnębi się i gnębiono. W przeszłości i obecnie, w Europie, Afryce i Azji. Ale że przez wieki chrześcijanie wysyłali w zaświaty Żydów, muzułmanów, wszelkiej maści politeistów, animistów i innych różnowierców oraz "heretyków", że palono na stosach za utrzymywanie wbrew "naukowym obserwacjom" biskupów że Ziemia wcale nie jest płaska i kręci się wokół Słońca, że do końca XVIII wieku bezlitośnie wyrzynano w pień wszelkie przejawy odrębnej myśli nawet wśród samych chrześcijan, tysiąckrotnie przebijając najgorsze rzezie urządzane przez Kaligulę czy Nerona, o tym wspominać nie warto.
Chrześcijanie wyraźnie cierpią na dziwny syndrom tolerancyjno-prześladowczy. Ich trzeba tolerować i respektować. Co z tego, że w Nepalu będzie z kilkudziesięciu chrześcijan. Powinni dyrygować pozostałym kilku milionom ludzi, bo jako nieochrzczeni są gorsi. Chrześcijaństwo patrzy na wszystkich z wyższością, z pogardą, traktując innowierców jak upośledzone dzieci. Może pluć jadem na wszystkie strony, dla siebie domagając się nie tylko tolerancji, ale szacunku, respektu i przewodniej roli.
W 1246 roku na dwór chana Gujuka w Karakorum przybyło poselstwo papieskie, w którym znajdował się m.in. polski franciszkanin znany jako Benedykt Polak. Dostarczył wraz z towarzyszami papieskie pismo, w którym biskup Rzymu nawoływał chana do tego, aby czym szybciej przyjął wiarę chrześcijańską, skoro "nawet zwierzęta bezrozumne znają prawdę i czczą Boga jedynego", a także, oczywiście, by zaprzestał "gwałtów i mordów na chrześcijanach". Znowu pojawia się motyw prześladowań. Tyle że w swojej relacji z podróży Benedykt Polak przekazuje, że w państwie Gujuka pokojowo współistnieją wyznawcy różnych religii, w tym chrześcijanie. Co więcej, jak przekazuje polski zakonnik, naprzeciwko namiotu chana znajdował się namiot, w którym jego chrześcijańscy poddani swobodnie odprawiali msze, które nikomu nie przeszkadzały. W tym samym czasie w Europie innowierstwo było przestępstwem karanym śmiercią. Chan odpisał papieżowi: "Sądzicie, że wy tylko Boga znacie i czcić umiecie i wiecie kogo on łaską obdarza, mając w pogardzie innych". Ot, słuszna konkluzja naszych rozważań.
Aby nikt mi nie zarzucił, że przejaskrawiam, odsyłam do "Gościa niedzielnego". Co tydzień pluje na cały niechrześcijański świat litrami jadu.