Bach się strać

Rutilius zdołał mnie ubiec wiadomością z Zielonej Wyspy dot. kar za "bluźnierstwo". Redaktor Racjonalista.pl słusznie zauważył, że prawo do wolności religijnej było pierwszym wywalczonym przez człowieka prawem, a teraz jako pierwsze się je znosi. Ciekaw jestem, co stanie się po wprowadzeniu tego prawa w Polsce. Czy niewpuszczenie księdza po kolędzie lub przejście obojętnie koło procesji na Boże Ciało będzie karalne? Pewnie niejeden katolik poczuje się "obrażony" tym że ktoś zamiast się przyłączyć, przechodzi drugą stroną ulicy.

Bach się strać.

Przerażony otwieram Gościa niedzielnego, by poszukać spokoju duszy. W oczy rzuca mi się list od czytelniczki, która jest wielce oburzona tym, że jej 18-letnia córka (!) wraca obecnie "później do domu niż kiedyś", "ma chłopaka" i w ogóle wyprawia różne zbereźne rzeczy w postaci zawiązania przyjaźni z "głupimi ludźmi". Oburzona matula pisze więc do Gościa niedzielnego. Ekspert kościelny odpowiada: najlepiej powspominać przy córce własną młodość, zapisać ją do oazy, wysłać na pielgrzymkę gdzie "kontakt z charyzmatycznymi księżmi mógłby córce pomóc". A najlepiej wsadzić córusię w autokar i zesłać na reedukację do Taize. Ciekawe, czy "ekspert" Gościa niedzielnego ma dyplom z psychologii. A jeśli tak, to skąd.

Bach się strać.

Share

Wojtek i Świętowit

W centrum Szczecina znajduje się kościół pw. świętego Wojciecha, pełniący rolę kościoła garnizonowego. Budowla to młoda, liczy sobie jedynie około 100 lat, a więc razi po oczach obrzydliwym niemieckim pseudo-gotykiem z przełomu XIX i XX wieku.

W kościele, nad ołtarzem, wisi sporych rozmiarów obraz. Obraz jest już powojenny, pochodzi z lat 60. Nad jego walorami artystycznymi nie ma co się rozwodzić, bo ich nie posiada. To nie jest malarstwo religijne w stylu El Greca czy Rafaela, którego piękno można godzinami podziwiać; jest to „sztuka” w rodzaju świętych obrazków rozdawanych przez księży po kolędzie.

Istotnym jest sama treść tego obrazu. Otóż przedstawia on patrona kościoła, św. Wojciecha, a obok niego… roztrzaskany na części posąg tzw. Światowida ze Zbrucza.

Autor obrazu nie wykazał się zbytnio znajomością historii. Wojciech działał wśród Prusów, tymczasem idol zbruczański, znajdujący się obecnie w Muzeum Archeologicznym w Krakowie, został wyłowiony w 1848 roku z rzeki Zbrucz. Środkowa część dzisiejszej Ukrainy. Co posąg ten ma wspólnego z historią Wojciecha, chyba tylko pan malarz wie.

Jest natomiast rzeczą znamienną że w świątyni katolickiej, tej religii która wiecznie czuje się obrażaną i prześladowaną, dla której nienauczanie katolicyzmu w szkołach jest obrazą uczuć religijnych, znajduje się coś będącego jawną obrazą innych wierzeń i profanacją ich przedmiotów kultu. Nie słyszałem nigdy, by np. w cerkwi prawosławnej znajdował się obraz z dyndającym na szubienicy papieżem, by w meczecie, synagodze czy buddyjskiej świątyni znajdował się połamany krzyż. Pal licho, że chrześcijanie w znacznej mierze są przepełnieni, jeśli nie nienawiścią to pogardą do innych wierzeń, ale czym innym jest słyszeć to z ich ust lub czytać w katolickiej prasie, a czym innym jest obrazowa pogarda dla innych wiar we własnych miejscach kultu. Autor obrazu miał zapewne na celu ukazanie tryumfu Świętej Matki Kościoła nad prymitywnym pogaństwem.

Chrześcijanie niejednokrotnie nie zadowalali się ochrzczeniem ludności, obaleniem „bałwanów”, kradzeniem cudzych miejsc kultowych i obrzędów, czy polityką ekologiczną w postaci wycinki świętych lasów. Często towarzyszyły chrystianizacji akty pogardy dla cudzych wierzeń religijnych i jawne dążenie do ich obrazy, jak w przypadku sceny na opisanym wyżej obrazie. Na wyspie Rugia znajdują się miejscowości Altenkirchen oraz Bergen, gdzie słowiańskie posągi kultowe wmurowano w ścianę kościołów. W kościele św. Leonarda w Lipnicy posągowi Świętowita odrąbano siekierą twarze i użyto go jako belkę wspierającą ołtarz. Nie tak dawno temu widziałem zdjęcie jednego z polskich współczesnych kościołów, gdzie ołtarz wsparto na… kopii posągów kultowych wyobrażających niedźwiedzie, które można oglądać na Ślęży. Takich przykładów, nie tylko z terytorium polskiego, można mnożyć.

Z drugiej strony, może ktoś powinien się cieszyć, że pogańskie elementy znalazły tak zaszczytne miejsce w chrześcijańskich świątyniach. W końcu gdyby ten Świętowit ołtarza nie podtrzymywał, to by się on nam zawalił. Opoka chrześcijaństwa. A może efekt dialogu międzyreligijnego? Może i strzaskany idol zbruczański, ale nad ołtarzem. No i de facto to św. Wojciech jest tłem dla niego, bo gdyby go nie było, to koncepcja by się posypała i Wojtek na obrazie nie miałby co robić taki samotny. Cichy tryumf wzgardzonych bogów.

http://www.ekonlex.pl/sw-wojciech/SimpleGallery/download.php?id=46 – tutaj rzeczony obraz
http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Kosciol_sw._Leonarda_w_Lipnicy_Murowanej_-_Swiatowit_13.08.08_p3.jpg – tu zniszczony posąg wspierający ołtarz w Lipnicy
http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Bildstein_Marienkirche_Bergen.jpg – a tu Świętowit wmurowany w ścianę kościoła w Bergen na Rugii

Share

Tych pogan

Ostatnio podczas pobytu w jednej z zachodnipomorskich wsi usłyszałem o niej: "Tędy wedle kronik szedł święty Otton nawracać tych pogan".

Ostatnie słowa specjalnie podkreśliłem. Były wypowiedzianie innym tonem niż reszta (zwłaszcza niż "święty Otton"), z pewną pogardą. No bo przecież poganie co to tobie Jezu czci nie oddawali. Jak na ironię osoba, która powyższe zdanie wypowiedziała interesuje się dawnymi dziejami Pomorza, podkreśla słowiańskość Połabia i jest niechętna Niemcom. Tyle że historia Pomorza zaczyna się dla niej od chrztu, a historia Połabia poza tym że była słowiańska w ogóle nie istnieje. Bo nie była chrześcijańska. A że Otton był Niemcem, że z chrześcijaństwem przyszła germanizacja i słowiańskości zagłada, to już lepiej przemilczeć.

Symbolem jest owa mglista "słowiańskość", bo jej konkretnego symbolu owa osoba już nie ma. Bo co ma mieć? Arkonę co to najdłużej nawale niemieckiej się opierała? Nie, w żadnym wypadku. Bo wraz z Niemcami opierała się chrześcijaństwu. Jak tu katolik może identyfikować się w jakikolwiek sposób z ostatnim bastionem pogaństwa? Nie można sięgnąć dalej w historię niż do misji Ottona, bo jak tu sięgać do ludzi (dla katolika już półludzi), co to modlili się do bałwanów? A skoro modlili się do bałwanów, znaczy że uprawiali nieustanne orgie, gwałty i rzezie. To nie ironia, to autentyczny tok rozumowania. Przed nadejściem krzyża dzicy ludzie chlali na umór, chędożyli się nieustannie po kątach i mordowali dla rozrywki jeden drugiego.

Polak ma swoje korzenie nad jeziorem Genezaret i w Watykanie, u siebie ich nie ma. Poza chatką w Biskupinie i świadomością że 1000 lat temu modlono się do "Światowida". Ale i nie pozna, bo Jedyna Prawda zabrania interesowania się tym co pogańskie, a więc grzeszne.

W ostatni weekend w Szczecinie – mieście, gdzie zamarła już wszelka kultura – odbyła się wręcz niezwykła rzecz, czyli duża, cykliczna impreza plenerowa. Chodzi o Noc Kupały na Zamku Książąt Pomorskich. I co? Nic. Największy dziennik regionalny, Kurier Szczeciński zamieścił m.in. całostronicowy artykuł o jubileuszu kapłańskim proboszcza katedry św. Jakuba i cotygodniowy felieton redaktora Ławrynowicza, tropiącego niestrudzenie spisek komunistów z Brukseli mający na celu zniszczenie Polski i Kościoła. O Nocy Kupały informacja była. Na przedostatniej stronie, wciśnieta między kilkadziesiąt innych ogłoszeń, małą czcionką, złożona z dwóch króciutkich zdań. Na wszelki wypadek od razu zmieniono w drugim zdaniu "Noc Kupały" na "noc świętojańską". Planu imprezy brak. Co będzie Kurier pogaństwo promował.

W tym samym regionie Polski odbywa się za nieco ponad miesiąc jedna z największych w Polsce imprez plenerowych, od kilku lat o charakterze już międzynarodowym, czyli Festiwal Słowian i Wikingów w Wolinie. I znam takie osoby, które nigdy się tam nie wybiorą. Dlaczego? Pewna osoba odmówiła kiedyś pojechania tam ze mną odpowiadając "poganie", "brudasy", "tylko chleją". Ale na festiwale rycerskie jeździ co roku. No bo to już chrześcijańscy rycerze, bo to już "wielka kultura". Czy Polak-katolik na pozornie niewinnym festiwalu historycznym boi się spotkać Szatana i popaść w grzech? A może festiwal historyczny jest kolejną rzeczą na liście "obrażających jego uczucia religijne"?

Chrześcijanin jest dziwnym doprawdy stworzeniem. Obok muzułmanina to jedyna istota na świecie, która z powodu przekonań religijnych odcina swoje korzenie, odrzuca to co było do tej pory. Nieprzypadkowo przyjęcie chrześcijaństwa w jakimkolwiek regionie świata wiązało się zawsze z zerwaniem liczącej kilka tysięcy lat ciągłości kulturowej i umysłowej. To taka odpowiedź poniekąd także na pytanie, dlaczego zalewają nas dzisiaj Chińczycy. Do nich od Konfucjusza i Laozi jest ciągła linia, a postaci te wywierają wciąż nieustanny wpływ na życie. My już nie mamy niezmiennej nici łączącej nas z Platonem i Arystotelesem, a wzięliśmy od nich w przekształconej formie tylko to, na co Kościół pozwolił. A daj katolikowi ofertę poznania tego, co było przed chrześcijaństwem. Nie weźmie. Jeszcze gotów Ci połamać ręce w imię "miłości bliźniego" (strasznie patologiczna miłość to musi być).

Kilka lat temu szczecińscy rodzimowiercy zorganizowali konferencję, po której miał być zorganizowany obrzęd. Jako że miał być niejako dopełnieniem konferencji, wiadomość o nim była ogólnodostępna. Jaki efekt? Czy ktoś przyszedł chociaż z ciekawości poznania własnych korzeni? Nie. Za to po lesie w którym obrzęd się odbywał, krążyła zorganizowana grupa z księdzem na czele, która niosąc krzyż chciała zapewne "oczyścić" las. Miejsca obrzędowego na szczęście nie znaleźli.

Share

Prasówka

Ostatnio czepiłem się tego "Gościa niedzielnego", to i trochę przy nim pozostanę. Akurat mam przy sobie numer z 10 maja 2009, więc zrobimy sobie prasówkę. Wybiórczą.

Dlaczego wybiórczą? Bo tekstów ściśle religijnych, jak czytań z ewangelii z komentarzem teologicznym recenzować nie będę. Sprawy stricte religijne są mi w tym przypadku obojętne, każdy niech wierzy w co chce. Pominę też kolejne eseje o "złych Chinach", "złej Rosji" czy "złym Wietnamie", bo już głowa od tego boli. Teksty naukowe i kulturalne, przepisy kulinarne i krzyżówki też nie są istotne.

Najciekawsze smaczki są zazwyczaj (choć też nie zawsze) w środku gazety, gdzie redakcja zabiera się do zbawiania świata. Morze obłudy i zacietrzewienia.

Tekst nr 1. IN VITRO – w Rzeszowie grupa "przykościelnych" odkurzyła temat, zebrała podpisy i wysłała petycję do Sejmu. Co w petycji? Za zapłodnienie poza organizmem matki – 3 lata więzienia! Dla naukowców zajmujących się in vitro – od 5 do 25 lat więzienia! 150 tysięcy podpisów różne Odnowy w Duchu Świętym, Akcje Katolickie i inne kółka różańcowe zebrały. Protestują! Przeciwko "durnym gadkom o prawie do dziecka"! Przeciwko "chorym ambicjom"! Przeciwko "drodze po trupach"! Coś pięknego. Acha. I Gowinowi się oberwało. Tym razem już nie od wstrętnych liberałów, ale od "Gościa niedzielnego". Bo jego pomysł odnośnie in vitro okazał się sprzeczny z nauką Kościoła. Panie Gowin, jesteście Pan jednak heretykiem…

Tekst nr 2. ADOPCJA – wywiad z emerytowanym profesorem Smyczyńskim. Kto się spodziewa wysokiego poziomu wypowiedzi z powodu tego "profesora" przed nazwiskiem, zawiedzie się. Szczerze się przyznam, nie wiem o co Smyczyńskiemu chodziło. Przez dwie strony pierdzielił o tym, jakie to czarne chmury zbierają się nad adopcją. Niedługo dojdzie do tego, że ośrodki adopcyjne będą wydawać dzieci na kartę rowerową (własne słowa "profesora"). Poza tym, choć wedle polskiego prawa dzieci może adoptować tylko małżeństwo lub osoba samotna, jest wielkie zagrożenie – konkubinaty. Otóż osoby żyjące w konkubinacie "nie troszczą się o dzieci", a "legalizacja adopcji przez konkubinaty heteroseksualne otworzy drogę do adopcji przez konkubinaty homoseksualne". Profesór ciągnie dalej – przyczyni się to do wzrostu aborcji, bo kobiety w ciąży będą masowo zabijały dzieci z obawy że wezmą je geje. Tekst bez ładu i składu, ale przecież go mieć nie musi. Wystarczy, że utwierdza polakatolika w jego fobiach i stereotypach.

Tekst nr 3. POLITYKA – wiemy, że polski Kościół tradycyjnie (nie) miesza się do polityki, więc i esej polityczny musi być. O politykach konserwatywnych tym razem. "Katoliku, zaglądaj politykom pod kołdrę! Zaglądaj im do metryk chrzcielnych, a także do dat ślubów i porównuj je z datami narodzin dzieci!" – krzyczy redaktor. Bo jakże katolik może głosować na polityka, który jest wierzący, broni w życiu publicznym "wartości chrześcijańskich", ale okaże się że "robił to" z żoną przed ślubem kościelnym? Taki polityk na pewno tylko pozornie jest katolikiem i będzie stał z boku, nie bronił Kościoła i jego nauki. Katoliku strzeż się i patrz prawicowym politykom pod kołdrę! I zapytaj się słowami redaktora "jaka część polskich polityków jest gotowa walczyć z prześladowaniem chrześcijan?", bo przecież chrześcijanie w Polsce są prześladowani. A może to tylko syndrom oblężonej twierdzy.

Koniec prasówki, można jeszcze dużo pisać. Ale po co wspominać o redaktorach, którzy jak zwykle biadolą na postępującą laicyzację, spadek powołań i odrzucenie przez berlińskich uczniów obowiązkowej nauki religii w szkołach. Cytując Kisielewskiego – to nie kryzys, to rezultat.

Share

Tolerancja i prześladowanie po chrześcijańsku

W jednym z ostatnich numerów "Gościa niedzielnego" (czasem przeglądam, śmiech miesza się wówczas z przerażeniem. Śmiech z głupot które tam wypisują, przerażenie takoż) pan redaktor (nazwiska nie pomnę) wyraził swoje oburzenie i przerażenie tym, że Europa "wraca do czasów sprzed panowania cesarza Konstantyna", czyli do czasów "równości wszystkich wiar i światopoglądów, ich pokojowego i bezkonfliktowego współistnienia", po czym dodaje "oczywiście, bez chrześcijaństwa". Pan redaktor kreśli wizję tolerancyjnej Europy, iście hellenistycznego świata koegzystencji kultur, nacji i wiar, gdzie jednocześnie chrześcijanie będą prześladowani i mordowani.

Nie miejsce tu na opisywanie prześladowań w Imperium Romanum. Wiele atramentu wylano na odkłamanie ich wizji przedstawianej przez Kościół, ot chociażby wskazanie że Nerona sprawy religijne zupełnie nie interesowały, a prześladowania w późniejszym okresie nie wynikały stricte z tego w co chrześcijanie wierzyli (bo i inne ekstremalniejsze wiary w cesarstwie istniały), lecz z tego jaki stosunek do państwa, kultury i wyznawców innych wiar prezentowali.

Kreśli się wizję straszliwie gnębionych w cesarstwie chrześcijan, która się rozmija całkowicie z faktami. Dziś nadal chrześcijanie są gnębieni. Już pal licho, że w Europie prześladują ich geje, świeckie państwo, feministki, ekolodzy i cykliści. Nadal propaganda kościelna mówi o koszmarnym losie chrześcijan w rejonach świata, gdzie… chrześcijanie nie dominują, jak niegdyś w cesarstwie. O każdym niechrześcijańskim kraju (czy ściślej – niekatolickim, bo Rosja na przykład jest również rzekomo piekłem dla katolików) nieustannie słyszymy, jak to tam chrześcijan prześladują. W rzeczonym wyżej "Gościu niedzielnym" opisywano jakiś czas temu "piekło chrześcijan" w Chinach, jak to np. chrześcijanom w tym kraju "łamie się ręce na ulicy". Panu redaktorowi można pewnie z powodzeniem zadać padające w "Weselu" Wyspiańskiego pytanie "Wiecie choć gdzie Chiny leżą?"

Jasne, w telewizji każdy widział antychrześcijańskie rozruchy w Indiach jakiś czas temu. Ale nikt nie zadał sobie pytania, jaka była ich przyczyna. Taka jak zawsze. Nachalny prozelityzm chrześcijan wobec wyznających inną wiarę "podludzi" (wszak nieochrzczeni, więc nie ludzie), czy absolutny brak szacunku dla lokalnych tradycji i zwyczajów. W XVII wieku zakazano oficjalnie chrześcijaństwa w Japonii, wkrótce potem w Chinach. Nagle, po kilkudziesięciu latach swobodnej działalności misjonarskiej i masowych konwersjach. Dlaczego? Bo uznano je za religię zagrażającą porządkowi społecznemu. Bo chrześcijanie nie integrowali się ze społeczeństwem, ale uświadamiali "barbarzyńców" że bez wiary w hebrajską Bozię czeka ich piekło, zresztą rękami portugalskich i hiszpańskich żołnierzy za życia wysyłając już ich do tego piekła. Po rozum do głowy poszli o dziwo jezuici, którzy w pewnym momencie próbowali przekonać Watykan że cześć oddawana Konfucjuszowi i innym wielkim filozofom to nie "czczenie diabła". Oczywiście, bezskutecznie.

Tak więc chrześcijan gnębi się i gnębiono. W przeszłości i obecnie, w Europie, Afryce i Azji. Ale że przez wieki chrześcijanie wysyłali w zaświaty Żydów, muzułmanów, wszelkiej maści politeistów, animistów i innych różnowierców oraz "heretyków", że palono na stosach za utrzymywanie wbrew "naukowym obserwacjom" biskupów że Ziemia wcale nie jest płaska i kręci się wokół Słońca, że do końca XVIII wieku bezlitośnie wyrzynano w pień wszelkie przejawy odrębnej myśli nawet wśród samych chrześcijan, tysiąckrotnie przebijając najgorsze rzezie urządzane przez Kaligulę czy Nerona, o tym wspominać nie warto.

Chrześcijanie wyraźnie cierpią na dziwny syndrom tolerancyjno-prześladowczy. Ich trzeba tolerować i respektować. Co z tego, że w Nepalu będzie z kilkudziesięciu chrześcijan. Powinni dyrygować pozostałym kilku milionom ludzi, bo jako nieochrzczeni są gorsi. Chrześcijaństwo patrzy na wszystkich z wyższością, z pogardą, traktując innowierców jak upośledzone dzieci. Może pluć jadem na wszystkie strony, dla siebie domagając się nie tylko tolerancji, ale szacunku, respektu i przewodniej roli.

W 1246 roku na dwór chana Gujuka w Karakorum przybyło poselstwo papieskie, w którym znajdował się m.in. polski franciszkanin znany jako Benedykt Polak. Dostarczył wraz z towarzyszami papieskie pismo, w którym biskup Rzymu nawoływał chana do tego, aby czym szybciej przyjął wiarę chrześcijańską, skoro "nawet zwierzęta bezrozumne znają prawdę i czczą Boga jedynego", a także, oczywiście, by zaprzestał "gwałtów i mordów na chrześcijanach". Znowu pojawia się motyw prześladowań. Tyle że w swojej relacji z podróży Benedykt Polak przekazuje, że w państwie Gujuka pokojowo współistnieją wyznawcy różnych religii, w tym chrześcijanie. Co więcej, jak przekazuje polski zakonnik, naprzeciwko namiotu chana znajdował się namiot, w którym jego chrześcijańscy poddani swobodnie odprawiali msze, które nikomu nie przeszkadzały. W tym samym czasie w Europie innowierstwo było przestępstwem karanym śmiercią. Chan odpisał papieżowi: "Sądzicie, że wy tylko Boga znacie i czcić umiecie i wiecie kogo on łaską obdarza, mając w pogardzie innych". Ot, słuszna konkluzja naszych rozważań.

Aby nikt mi nie zarzucił, że przejaskrawiam, odsyłam do "Gościa niedzielnego". Co tydzień pluje na cały niechrześcijański świat litrami jadu.

Share

Poseł Górski i Habsburgowie

Mamy w polskim sejmie posła co zowie się Artur Górski. Jego przynależność polityczna jest w tym momencie niezbyt istotna, gdyż najlepiej charakteryzowałoby go określenie „poseł mniejszości watykańskiej”. Pomijając już jego rasistowskie wypowiedzi po wyborze prezydenta Obamy, poseł Górski znany jest m.in. jako prezes Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i pomysłodawca głośnego swego czasu projektu uchwały zgodnie z którą Jezus Chrystus miał być koronowany na króla Polski.

Przed dwoma dniami obchodziliśmy 4 rocznicę śmierci ukochanego przez wszystkich Polaków Jana Pawła II. Stąd można było spodziewać się w sejmie kolejnej katolickiej szopki odstawionej przez posła mniejszości watykańskiej. O poprzednim papieżu tylko wspomniał, natomiast szopkę i tak nam zaserwował. Otóż z mównicy polskiego sejmu wygłosił wypowiedź pełną peanów na cześć… Karola I Habsburga, ostatniego cesarza Austro-Węgier, zmarłego 1 kwietnia 1922.

Dlaczegóż to poseł Górski wspomniał władcę jednego z naszych zaborców? Czy dlatego, że jego upadek z tronu CK monarchii był jednym z czynników, które umożliwiły odrodzenie się w 1918 roku niepodległej Polski? Bynajmniej. Karol Habsburg zasłużył sobie na wychwalanie w polskim sejmie w 87 po swojej śmierci, dlatego że był „wierny nauce społecznej Kościoła”, „sługą Boga i obrońcą Kościoła Chrystusowego”, a także był „wielkim darem Opatrzności”. No i dlatego, że za swoje zasługi jest błogosławionym Kościoła katolickiego. Cóż za szalony bezkrytycyzm!

Karol I nie rządził nawet pełnych dwóch lat. Koronowany pod koniec listopada 1916, stracił tron wraz z rozpadem państwa na początku listopada 1918. Jako władca był postacią raczej nieudolną. Prowadził potajemne rozmowy pokojowe z Francją, ale gdy wyszły one na jaw, wszystkiemu zaprzeczył. Zaprzeczanie nic nie dało, Francuzi bowiem opublikowali jego listy, a w konsekwencji Austria zbłaźniła się na arenie międzynarodowej i jeszcze bardziej podporządkowana została Niemcom. Zacytujmy tu słowa posła Górskiego o Karolu – „orędownik pokoju”.

Zrezygnował z rządów (nie abdykował!) 11 listopada 1918, gdy jego poddani ze wszystkich zakątków cesarstwa, a więc Czesi, Węgrzy, Słowacy, Polacy, bałkańscy Słowianie obalali swego dotychczasowego władcę i wybierali niepodległość. Ba! Obalili go nawet jego własni rodacy, Austriacy, którzy znajdowali się pod rządami Habsburgów od X wieku. I ci najostrzej potraktowali monarchę – wszelkie majątki Habsburgów zostały przejęte przez państwo austriackie, a cała rodzina monarsza skazana na banicję. Członkom rodu Habsburgów pozwolono wrócić do Austrii dopiero w 1966 roku. Poseł Górski natomiast powiedział o Karolu I: „kochał swoich poddanych” i „był dla nich prawdziwym ojcem”. Cóż, poprzednicy posła Górskiego przed stu laty również nazywali cesarza Franciszka Józefa „ukochanym ojcem”, sprzeciwiając się walce o niepodległość. W 1772 Kościół katolicki, którego cesarz Karol był wiernym sługą, witał we Lwowie zaborcę austriackiego biciem w dzwony i dźwiękami „Te Deum laudamus”.

Po stracie tronu Karol mieszkał w Szwajcarii. Próbował dwukrotnie odzyskać tron na Węgrzech, gdzie w 1920 roku do władzy doszli, zapewne bliscy monarchiście Arturowi Górskiemu, zwolennicy restytucji monarchii i oficjalnie proklamowali utworzenie Królestwa Węgier. Karol tronu nie odzyskał i przez następne 24 lata Węgry były królestwem bez króla, natomiast z regentem w osobie Miklosa Horthy’ego. W czasie wojny obok chorwackich Ustaszów byli najwierniejszymi sojusznikami Hitlera i z niespotykanym nigdzie zapałem wyłapywali Żydów, wysyłając ich w podróż wagonem bydlęcym w jedną stronę. Ale, oczywiście, najważniejsze jest to, że działali w zgodzie z odwiecznym prawem boskim, dążąc do zachowania świętego ustroju monarchistycznego.

W 1921 Karol I Habsburg, został, zapewne prewencyjnie, zesłany przez państwa zwycięskie na Maderę, gdzie rok później dokonał żywota. Za obalenie Karola poseł Górski z mównicy polskiego sejmu obwinił „świat antyklerykalno-masoński”.

Jak dodał z sejmowej mównicy poseł Artur Górski: „Możemy tylko ubolewać, że ta wspaniała rodzina, jedna z niewielu rodzin królewskich wiernych tradycji i religii katolickiej, nie panuje dziś w Austrii lub na Węgrzech”.

Jan Stachniuk w swoich pracach bardzo dobrze opisał typ zrodzonego w Polsce przez wieki typu umysłowego polakatolika, osobnika który jest przede wszystkim wiernym sługą Kościoła katolickiego, a potem, ewentualnie Polakiem i obywatelem, jeżeli nie koliduje to z punktem pierwszym. To polakatolik czuł się pod zaborami najszczęśliwszy na ziemi, nazywając zaborcę ojcem, to wierni słudzy Kościoła szli w 1914 w bój u boku armii austriackiej śpiewając „Abośmy są jacy-tacy, jacy-tacy, chłopcy Austryjacy”. U progu odrodzonej II Rzeczypospolitej ksiądz Kazimierz Lutosławski wydał dla polskiego harcerstwa książeczkę „Czuj duch”, w której zawarł m.in. taką myśl – „Cóż by ci przyszło z wolnej ojczyzny, gdyby Kościół miał na tym stracić”. Poseł Artur Górski wpisuje się idealnie jako kontynuator tego schematu. Szkoda tylko, że ktoś taki jest posłem do polskiego sejmu i ma czelność wygłaszać podobne bzdury z mównicy sejmowej.

Share

Kłamstwo chrystianizacji

966. Chrzest Polski. Każde dziecko w Polsce zna tę datę. I z pokolenia na pokolenie jest „chrzest Polski”. W jednym momencie cały naród przyjął jedyną prawdziwą wiarę, stając się państwem i narodem. Małpy zeszły z drzew. Tak samo Węgry w 974 roku czy Ruś 14 lat później. Oto dokonał się istny cud. Prawda jest jednak taka, że nową wiarę przyjmował początkowo niecały 1% społeczeństwa, w następnych latach liczba ta powoli, z wielkim trudem i przy użyciu przemocy wzrastała w tempie kilku-kilkunastu procent w ciągu wieku, a ogół jeszcze bardzo długo trzymał się swojej własnej wiary.

Historycy od stu lat dumają, czy daty „chrztu Polski” nie należałoby cofnąć de facto o 100 lat, bo niby to będąca pod wpływem nawróconych już Czechów Małopolska z dużym prawdopodobieństwem przyjęła ich wiarę. Małopolska przyjęła. Czyli władca plus kilkanaście osób z jego najbliższego otoczenia. I to też pewnie nie wszyscy, zaś lud i tak był pogański. Bo jak mówią nam przekazy z czasów chrystianizacji Litwy, nawracanie ludu miało mniej więcej taki oto przebieg: do wsi pod eskortą podarowanych mu przez władcę żołnierzy przyjeżdża ksiądz, chrzci hurtowo kilkudziesięciu mieszkańców tej i pobliskich wsi, po czym po jego wyjeździe ludzie idą do swojego kapłana żeby ich „odechrzcił”.

W jaki sposób przekonywano ludzi do jedynej prawdziwej wiary w miłosiernego Chrystusa, wspominać nie trzeba. Wybijanie zębów za jedzenie mięsa w piątek to fakt powszechnie znany. Natomiast ulubionym faktem historycznym chrześcijan dotyczącym tamtego okresu jest wspominanie ilu to misjonarzy, niosących pokój i miłość ciemnym poganom, poniosło męczeńską śmierć. Tak jak patron Polski, święty Wojtek. Tyle że Wojtka nikt nie zabił za przekonania religijne. Śmierć poniósł za brak szacunku dla gospodarzy, gdy ostentacyjnie odprawił mszę w najświętszym gaju Prusów.

Jak ochoczo garnął się lud do nowej wiary, świadczy choćby tak powszechnie znany fakt jak reakcja pogańska w Polsce w latach 1034-1037, w wyniku której na dekadę jako samodzielne księstwo odpadło Mazowsze z pogańskim księciem Masławem vel Miecławem. Ale nie tylko w Polsce. W tym okresie podobne reakcje pogańskie ogarniały chociażby Czechy i Węgry. Nie wspominając o Rusi, gdzie wydarzenia takie ciągnęły się przez dziesięciolecia. Dość wspomnieć rebelię w Suzdalu w roku 1024 czy w Nowogrodzie w 1071 roku. A zwłaszcza w Nowogrodzie. Otóż tam po stronie chrześcijaństwa opowiedział się jedynie książę wraz z drużyną, zaś ogół mieszkańców opowiedział się po stronie starej wiary! Dość marne wyniki stuletniej chrystianizacji Rusi, i to w drugim po Kijowie grodzie ruskim…

Jak pokazuje niestety przykład polskich zrywów zbrojnych w XIX wieku, nic tak nie niszczy nawet najsilniejszej społeczności ludzkiej jak wszelkie powstania i rebelie. W następnym wieku powstań już nie było. Ale myli się ten kto myśli, że nie było już pogaństwa. Gdzie tam, trwało w najlepsze! Ruska kronika informuje nas, że w 1227 roku w Nowogrodzie spalono na stosie czterech wołchwów. A kim byli owi wołchwowie? U dawnych Słowian byli to wróżbici, znachorzy i czarownicy. Coś na kształt szamanów. Pełnili też funkcje kapłańskie. Tak więc informacja ta wskazuje nam, że w XIII wieku, gdy wyprawy krzyżowe do Palestyny już się kończą, istniała jeszcze regularna warstwa słowiańskich kapłanów. I nie tylko wtedy. Działający w II połowie XIV wieku wśród plemienia Zyrian święty Stefan z Permu, by zdobyć sobie posłuch wśród ludności musiał… wyzwać na próbę ognia i wody ich wołchwa. Niemal w przeddzień bitwy pod Grunwaldem.

Więcej o wołchwach już nie słyszymy. Ale to jeszcze nie koniec ciekawostek. Otóż księgi kościelne z XVI wieku przewidują karę trzech lat postu za „modły do wił, na cześć Roda i rodzanic, i Peruna, i Chorsa i Mokoszy picie i jedzenie”. Karę za kult słowiańskich bóstw w czasie gdy Magellan opływa świat! Skoro napisano o tym, to znaczy że zjawisko istniało i to najprawdopodobniej w dosyć dużym zakresie.

To już jednak niestety koniec takich informacji. Już w XVII wieku podobne wzmianki będą w sobie miały więcej ludowej fantastyki niż rzeczywistości. Jako powód „wygaśnięcia” pogaństwa w XVI wieku należałoby wskazać reformację i kontrreformację. Podział chrześcijaństwa na kilka kościołów zmusiło je do usilnej walki o wiernych. I wcale nie bardziej humanitarnymi sposobami. Bo zębów za jedzenie mięsa w piątki już nie wybijano, ale o Nocy Świętego Bartłomieja nikt nie powie, żeby była od tego bardziej ludzka.

Ale czy i to ostatecznie „schrystianizowało” społeczeństwo? Bynajmniej. Bo sami sobie nie zdajemy sprawy, ile pogaństwa w chrześcijańskim społeczeństwie zostało. Wysyłając kogoś do licha wysyłamy go do demona którego obawiali się dziadowie naszych dziadów, a klnąc „niech to piorun trzaśnie” powtarzamy nadal po 1000 lat od „chrztu Polski” odpowiednik chrześcijańskiego „Jezus Maria”, wzywając gromowładcę Peruna. Nie wspominając o choince, pisankach, marzannie, pustym miejscu w święta obchodzone 24 grudnia.
Jesteśmy poganami tak jak 1000 lat temu. Tylko musimy to w sobie dostrzec, zrzucając narzucony nam płaszcz chrześcijaństwa.

Share