Cejrowski, przypadek kliniczny

Ostatnio za sprawą TVN-owskiej emisji nagłośniono znany już wcześniej niektórym odcinek "Boso przez świat", nagrany w buddyjskiej świątyni w Tajlandii. Nakręcony gdy jeszcze p. Cejrowski pracował w TVP. Ze względu na zawarte treści władze Telewizji Publicznej nie wyemitowały programu, który krążył od tego czasu po internecie.

Cejrowski, zazwyczaj robiący w swoim programie błazna z siebie poprzez wykorzystanie faktu bycia na wizji do publicznego głoszenia swoich dziwacznych poglądów, tym razem poszedł na całość. W czasach rządów zwolenników Jarosława Kaczyńskiego w TVP pan Cejrowski był zapraszany jako "dyżurny autorytet" do wszystkich niemal programów. Już nie tylko do pana Pospieszalskiego, ale nawet do co drugiego "Minęła dwudziesta". W swoich wystąpieniach roztaczał wizję udręczonych, wyśmiewanych i zwalczanych katolików, których niedługo będzie się rzucało lwom w cyrku. Oczywiście sam się wykazywał iście chrześcijańską, pełną miłosierdzia i pokory postawą, z której jest tak powszechnie znany ("od pedziów nie biorę bo się zaHIVię", "wszystkich won!", "pan nie jest katolikiem panie Hołownia i zaraz wyjdę ze studia!").

W osławionym odcinku "Boso przez świat" zajął się buddyzmem  Wzorem prawdziwego chrześcijanina, który to jest wyśmiewany i poniżany, sam pojechał wyśmiewać i poniżać. Wykorzystał wizytę w świątyni jako okazję do kpin, jednocześnie wykazując się całkowitym brakiem elementarnej wiedzy na temat tej religii. Kpi sobie z mnicha błogosławiącego wiernych święconą wodą. Z wiernych wrzucających dary do puszek. Chociaż wystarczy przenieść się do kościoła katolickiego, by zobaczyć taki sam obrazek: wiernych wrzucających pieniądze do skarbonek i błogosławionych przez księdza, to z jednego śmiać się wolno a z drugiego nie. Bo to katolicki kult, więc się nasi prześladowani obrażą. Zagadnienia boga/bogów w buddyzmie wbrew temu co Cejrowski wmawia nieświadomym widzom nie sprowadza się do "boga nie ma". Zagadnienie istnienia czy nieistnienia bogów nie jest po prostu obszarem zainteresowania buddyzmu. Buddyzm skupia się na innych sprawach, na innych celach, kwestia boga jest drugorzędna lub nie odgrywa żadnej roli. Są różne odłamy buddyzmu, mające różne zapatrywania na kwestię sił nadprzyrodzonych. Są buddyści czczący w swoich świątyniach bogate panteony lokalnych bóstw, a są też i tacy którzy prezentują postawę "ateistyczną" – roztrząsanie spraw boskich jest im potrzebne jak przysłowiowy rower rybie. By zrozumieć kwestię "bóg w buddyzmie" trzeba poczytać trochę fachowej literatury, a nie postrzegać tego przez pryzmat niewierzenia w chrześcijańską Bozię. W Bozię nie wierzą, wierzą w "złotego cielca" (Wojtek zobaczył figurkę barana, która mu akurat pod tezę pasowała).

W pewnym momencie Wojtek próbuje zaszpanować wyczytaną pewnie gdzieś na szybko biografią Buddy. Ale już widząc figurę siedzącego Buddy ze smokiem nad głową zaczyna interpretować wszystko przez pryzmat chrześcijaństwa. Smok okazuje się "symbolem zła znanym nam z Apokalipsy". Cholera wie, skąd niby w buddyzmie Apokalipsa (Cejrowski pewnie jakąś bzdurną tezę by na to znalazł). Gdyby tę biografię Buddy doczytał uważnie i uruchomił proces myślowy, to by wiedział że chodzi o kuszenie go przez Marę pod drzewem Bodhi. Ale dla Cejrowskiego jest to jakiś "demon przyzwany, by chronić medytującego przed słońcem i deszczem". By tezę o "złym" podbudować, zaczyna szukać po świątyni wizerunków smoków i podobnych rzeczy typu głowy węży. Chyba nie widział gargulców i maszkaronów na kościołach gotyckich. Ale zapewne to są przedstawienia jakiegoś innego, "dobrego" szatana, do którego się modlą chrześcijanie? Dowodem podbudowującym tezę o wielbieniu przez wyznawców buddyzmu chrześcijańskiego Lucyfera ma być zacytowany przez Cejrowskiego jakiś wyrwany z kontekstu fragment tekstu tybetańskiego. Tybetański buddyzm jako należący do tradycji wadźrajany jest całkiem odmienny od prostego i skromnego zen. Jest barokowy, bogaty, mistyczny. Zaludniają go całe zastępy demonów, duchów, pełen jest magicznych praktyk. Tak się jednak składa że owe straszliwe demony, przedstawiane na tybetańskich thankach jako wielookie bestie z kłami i szponami, nie są żadnymi diabłami do których modli się Dalajlama, prosząc je o zniszczenie niebuddyjskiego świata. Ba! To nie są nawet istoty istniejące realnie. Demony wadźrajany to projekcie ludzkiego umysłu, wszelkie nasze przywary, słabości, pożądliwości, namiętności. Wyglądają straszliwie, bo są ohydne, lecz tylko na pozór są straszne i należy z nimi walczyć. Ale by o tym wiedzieć, wystarczy przeczytać chociaż poświęconą tematowi "Tybetańską Księgę Umarłych", która została przełożona z oryginału na język polski. Ale taka lektura to pewnie za dużo jak na możliwości intelektualne Wojtka, poza tym Bozia mu zabrania takie rzeczy czytać (lepiej książki po chrześcijańsku palić). Zamiast chociaż trochę liznąć temat, woli Wojtek chodzić po buddyjskiej świątyni, mówić na modlących się "głupie ludzie", opowiadać niestworzone rzeczy o tym że buddyzm to nie religia lecz zbiór satanistycznych praktyk służących przyzywaniu piekielnych demonów na swoje usługi.

Cejrowski stwierdził w wywiadzie, że przedstawił rzeczywistą wiedzę na temat buddyzmu i konsultował się z jakimiś "specjalistami". Zapewne z siostrą Michaelą Pawlik, która twierdzi m.in. że Budda Majtreja to Antychryst którego przyzywają wyznawcy New Age, by przyszedł i zniszczył chrześcijaństwo. Która jeździ po kościołach z wykładami na temat karate i judo, których ćwiczenie prowadzi do "zniewolenia umysłu przez szatana". Dla Wojtka to może być autorytet, to w końcu jego poziom postrzegania świata.

PS Filmik oczywiście po nagłośnieniu całej afery zniknął z Youtube i innych serwisów. Zapewne podobnie jak w przypadku słynnego wywiadu Hołowni z Cejrowskim, pan Wojtek po tym jak wyszedł na debila pragnie całą sprawę tak podobno pogardzanymi przez niego metodami stalinowskimi wymazać.

Share

Od powietrza, głodu, ognia i pogan

Wierzący i niewierzący mogą być tak samo dobrymi ludźmi, ale ci pierwsi mają istotną przewagę nad drugimi. Potrafią widzieć dalej, ich horyzont sięga wieczności.

Co to jest? Wstępniak naczelnego "Gościa niedzielnego" z 8 stycznia 2012. Mogą sobie być, ale i tak są gorsi. To tak a propos nawoływań do tolerancji, zwłaszcza religijnej, które dalej przewijają się w tym numerze. Jest całostronicowy artykuł o Korei Północnej z okazji niedawnej śmierci Ukochanego Przywódcy. Jako że żadnych rozsądnych komentarzy czy analiz dotyczących przyszłości nie można wymagać, to chociaż solidarności z umęczonymi Koreańczykami z północy można się po chrześcijańskim tygodniku spodziewać. Jest? A gdzie! Jedyne co mamy, to całostronicowe wołanie "upomnijmy się o północnokoreańskich chrześcijan". Reszta niech sobie gnije w obozach i wielbi klan Kimów, byle "naszych" wypuścili.

Ale to takie dygresje luźne tylko, najbardziej urzekł mnie – jak zwykle – esej Franciszka Kucharczaka. Wymieniał ostatnio tablice rejestracyjne w samochodzie, urzędniczka zapytała czy mogą być z "trzynastką". W kościele dawał znak pokoju, usłyszał "nie na krzyż!" Jakiś ksiądz z jego parafii chciał żeby państwo młodzi przełożyli termin ślubu z piątku na jakiś inny dzień, bo w piątek post, w końcu wyperswadował im ten pomysł mówiąc: "piątek – zły początek". Przywołał też wspomnianego przeze mnie kiedyś na Portyku Naczelnego Konserwatora Instytutu Dzieł Sztuki Sakralnej, sprzedającego czyniący cuda papieski krzyżyk, o dziwo słusznie zauważając że takiego instytutu nie ma a ten krzyżyk to pic na wodę. Narzeka dalej na chrześcijan wierzących w horoskopy, reiki, tarot i szklane kule. Ale najlepsza jest konkluzja. Kto odpowiada za to, że współwyznawcy religii pana Kucharczaka wierzą w takie bzdury? POGANIE. Więc trzeba zrobić zgodnie z przytoczonym przez redaktora wersetem z Dziejów Apostolskich: "I wielu z tych co uprawiali magię, poznosiło księgi i paliło je wobec wszystkich". Palmy, palmy książki! Wznówmy prześladowania innowierców! Może wtedy chrześcijanie skłonią swoich współwyznawców do nieinteresowania się paranauką (nauką się nie zajmą, bo księgi już spaliliśmy). W czasach kryzysów ekonomicznych najlepszym lekarstwem były pogromy Żydów, więc i w czasach kryzysu chrześcijaństwa najlepszym wyjściem będzie mordowanie nie-chrześcijan.

Share

Pogańskie chrześcijaństwo

Seria "Mała Biblioteka Religii" Wydawnictwa WAM przyzwyczaiła do tego, iż w większości wydawane w niej są książki na najwyższym poziomie Piszę "w większości" bo np. książka Kosiora o Buddzie była katorgą, a w "Religiach Chin" Avanziniego tłumacz nie miał pojęcia o transkrypcji chińskich terminów popełniając masę byków. Natomiast książki Szyjewskiego o religii Słowian oraz szamanizmie, czy też D’onza Chiodo "Buddyzm" to książki najlepszej klasy.

Ostatnio wpadła mi w ręce należąca do tej serii cieniutka książeczka Hansa-Petera Hasenfratza "Religie świata starożytnego a chrześcijaństwo". Zainteresowany tytułem, a jeszcze bardziej tym jaka treść się pod nim kryje, ochoczo zabrałem się do lektury. I muszę szczerze przyznać, że jest to jedna z najlepszych książek na jakie się ostatnio natknąłem.

Autor zaczyna opowieść od… bitwy pod Kannami. Spytasz, drogi Czytelniku, dlaczego? Otóż pierwszy rozdział rysuje nam genezę i panoramę życia duchowego, który zdeterminował dzieje Cesarstwa. Zdaniem autora właśnie wygrana Rzymu w II wojnie punickiej, która pociągnęła za sobą ekspansję poza Italię, a w dalszym rzędzie pasmo krwawych wojen domowych u schyłku Republiki, jest źródłem owego fermentu w którym narodziło się i rozpowszechniło chrześcijaństwo. Wielka ekspansja państwa rzymskiego stworzyła nowy typ stosunków gospodarczo-społecznych. Gospodarka rzymska, oparta dotychczas na uprawie ziemi przez wolnych chłopów-żołnierzy, przekształciła się w system wielkich latyfundiów uprawianych przez rzesze sprowadzanych masowo niewolników. Bogaci się wzbogacili, biedni zbiednieli, a w dodatku uzawodowiono armię (co przerwało związek uprawy przez wolnych ludzi ziemi z wypełnianiem przez nich powinności wojskowych). Olbrzymia liczba spauperyzowanych wolnych ludzi emigrowała do miast, tworząc (lumpen)proletariat. A jest to przecież czas Pax Romana! Autor słusznie robi tu aluzję do przełomu XX i XXI wieku, gdy też żyjący w pokoju i dobrobycie świat pełen jest wyalieniowanych, oderwanych od tradycyjnego życia jednostek, które szukają pocieszenia oraz stabilizacji. Szukają w religii.

Hasenfratz omawia w kolejnych rozdziałach nowe rodzaje kultów religijnych, które pomagały przezwyciężyć owo "egzystencjalne niezakorzenienie". Jest to w pierwszym rzędzie oficjalne rozwiązanie zaproponowane przez państwo swoim obywatelom: oprócz chleba i igrzysk kult cesarza, zapożyczony z kultu władców w monarchiach hellenistycznych. W dalszej kolejności różnorakie kulty nowego typu. Nie są to już, jak dawniej, oficjalne i sprawowane publicznie kulty państwowe. Pojawia się wysyp różnorodnych mniej lub bardziej zamkniętych bractw kultowych z elementami misteryjnymi, posiadających nieznane wcześniej elementy jak ryt przejścia, ślubowanie czystości, wegetarianizm. Mowa tu oczywiście o bractwach Dionizosa, Izydy, Kybele i przede wszystkim Mitry. Ale to nie wszystko, niektórzy szukają zaspokojenia duchowego na granicy religii lub poza nią, rodzi się okultyzm i magia. Całość uzupełniają różni wędrowni nauczyciele, także nieznani wcześniejszym formom religijnym starożytnego świata. I zupełnie epokowe zjawisko: dziwaczne, synkretyczne doktryny ze Wschodu, gnostycyzm oraz manicheizm.

Dużo miejsca poświęca autor odwołaniu się do tekstów źródłowych. Jakiego typu teksty cytuje? Ot, na przykład inskrypcje, w których a to król Ptolemeusz nazwany jest bogiem z boga jednorodzonym, a to cesarz Domicjan tytułowany bywa pan mój i bóg mój. Albo do ewangelii ("dobrej nowiny") opowiadającej o tym jak to znaki na niebie zapowiedziały narodziny Oktawiana Augusta, a senat zasłyszawszy przepowiednię iż oto narodzi się król rzymski próbował zgładzić nowonarodzone dzieciątko. Jest też o Apolloniuszu z Tyany, który chodzi po wodzie, wskrzesza zmarłych i przywraca wzrok ślepcom. Obok miłosierna Izyda z Horusem-dzieciątkiem na rękach. A i jest też Mitra, który przychodzi na świat w grocie, zabity zmartwychwstaje, a przed śmiercią spożywa ostatni posiłek ze swymi uczniami, na pamiątkę czego jego wyznawcy symbolicznie spożywają potem ciało i krew swego boga.

Zapytacie może, gdzie w tej książce jest chrześcijaństwo? Pytanie takie wydaje się chyba zbędne. Weźmy to wszystko do kupy, posklejajmy, podrasujmy na sklejeniach żeby się to w miarę razem trzymało… Niewątpliwie jest to bardzo mądra i pouczająca książeczka. Znakomicie komponuje się z esejem "Patrząc od pogańskiej strony" z książki prof. Wipszyckiej "O starożytności polemicznie".

PS Na koniec jeszcze łyżka dziegciu. Tłumaczka książki, mówiąc kolokwialnie, spieprzyła robotę. Posługuje się terminem "indogermański", bo zapewne nie ma pojęcia o tym że niemiecki termin indogermanische to po naszemu "indoeuropejski". Słynny obraz Goyi "Gdy rozum śpi, budzą się demony" w jej wydaniu nazywa się Z marzeń umysłu rodzą się potwory. A Egipt nie jest darem lecz podarunkiem Nilu. Z takimi bykami należałoby panią odesłać do podstawówki przed zabraniem się do tłumaczeń.

Share

Syndrom oblężonego Torunia

Gdy nic ciekawego nie ma w telewizji, włączam sobie zazwyczaj TV Trwam. Przedni ubaw można mieć. Zwłaszcza teraz, gdy obchodzone jest 20-lecie Radia. Akurat zdarzyło mi się trafić na program, w którym przemawia jakiś ks. Marek Chmielewski. Główne tezy tego pana:

* “żaden rząd w historii Polski nie zrobił tyle dla zintegrowania Polaków co Radia Maryja i jego twórca ojciec doktor Tadeusz Rydzyk“.  Więc tyrada podziękowań dla ojca “doktora” za jego dziejową misję.

* Kościół stoi dziś w obliczu wielkich prześladowań. Nawet “za komuny” nie był tak prześladowany jak dzisiaj. Ale nadal trwa, to znaczy że Niepokalana czuwa nad nami. Może nie nad nami wszystkimi, ale nad Radiem z Torunia na pewno trwa i trwać będzie. Chociaż już tyle było ataków z różnych podejrzanych środowisk na Radio i jego Założyciela, a jednak przetrwało. Jest w tym palec boży.

* Ataki na Radio nie wynikają często ze złej woli, a z niewiedzy. Bo robi je zazwyczaj młodzież, którą ogłupiły “prywatne media”.

Co mnie najbardziej rozbawiło? Gdy po półgodzinnej gadaninie pojawiły się napisy końcowe, i okazało się że ów ksiądz Chmielewski jest profesorem doktorem habilitowanym. Wiem że dyplom nie daje rozumu, ale jednak od profesora z reguły wymaga się więcej niż syndromu oblężonej twierdzy.

PS Polecam reportaż z ostatniej Polityki na temat 20-lecia Radia. Autorka zacytowała słynną piosenkę osławionej Kapeli znad Baryczy, która to śpiewa o tym jak to Ojciec Tadeusz nasz Prometeusz chciał robić odwierty ale krajem rządzi jednak klika która mu uniemożliwia te wiekopomne przedsięwzięcia. Nic straconego, podobno Rydzyk uzyskał z Urzędu Miasta zgodę na budowę hotelu ze SPA.

Share

Katoliku, czytaj katechizm!

Od kilku dni trwa w kraju kolejna burza w szklance wody. Po raz drugi w ciągu dekady PiS zapowiada przywrócenie kary śmierci. I robi się niepotrzebny szum, bo i tak wiadomo że nic z tego nie będzie. Musielibyśmy wystąpić z Rady Europy. W Radzie Europy nie jest tylko jedno państwo europejskie: Białoruś. I nie chodzi wcale o żadną opozycję czy "prawa człowieka", ale właśnie o najwyższy wymiar kary, który na naszym kontynencie jest obecnie tylko w państwie Łukaszenki. Kary śmierci w Europie zatem nie ma i szanse na jej przywrócenie gdziekolwiek są nikłe bez skazania się na całkowity ostracyzm.

Przy okazji tego zamieszania po raz kolejny wychodzi jednak żenująco niska wiedza polskich katolików na temat własnego Kościoła i jego nauczania. Można podać masę etycznych, moralnych, prawnych argumentów za i przeciw karze śmierci. Ale jedyne co słychać w kółko to "jestem katolikiem, więc jestem przeciwko karze śmierci". Niedawno biskup Pieronek toczył pianę z pyska, grzmiąc: Chcesz kary śmierci? To nie nazywaj się katolikiem. Dzisiaj czytam oświadczenie posłanki Sobeckiej (byłej spikerki Radia z Torunia), która to nie poprze kary śmierci "jako katoliczka". No halo. Rozumiem niewiedzę posłanki Sobeckiej, która intelektem specjalnie nie grzeszy. Ale biskup? Obowiązujący od 1992 roku Katechizm Kościoła Katolickiego karę śmierci uznaje za ostateczność której należy unikać, ale dopuszcza ją jako "zło konieczne" w uzasadnionych przypadkach. Naistotniejszy jest tu chyba paragraf 2265:

Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności.

Czy też z punktu 2266:

Wysiłek państwa, aby nie dopuścić do rozprzestrzeniania się zachowań, które łamią prawa człowieka i podstawowe zasady obywatelskiego życia wspólnego, odpowiada wymaganiu ochrony dobra wspólnego. Prawowita władza publiczna ma prawo i obowiązek wymierzania kar proporcjonalnych do wagi przestępstwa.

Ale ponieważ KKK do Polaków może nie dotrzeć, warto zacytować im także zdanie człowieka który został papieżem z encykliki Evangelium vitae:

W tej perspektywie należy też rozpatrywać problem kary śmierci. Zarówno w Kościele, jak i w społeczności cywilnej oraz powszechnej zgłasza się postulat jak najbardziej ograniczonego jej stosowania albo wręcz całkowitego zniesienia. Problem ten należy umieścić w kontekście sprawiedliwości karnej, która winna coraz bardziej odpowiadać godności człowieka, a tym samym — w ostatecznej analizie — zamysłowi Boga względem człowieka i społeczeństwa. Istotnie, kara wymierzana przez społeczeństwo ma przede wszystkim na celu „naprawienie nieporządku wywołanego przez wykroczenie”. Władza publiczna powinna przeciwdziałać naruszaniu praw osobowych i społecznych, wymierzając sprawcy odpowiednią do przestępstwa karę, jako warunek odzyskania prawa do korzystania z własnej wolności. W ten sposób władza osiąga także cel, jakim jest obrona ładu publicznego i bezpieczeństwa osób, a dla samego przestępcy kara stanowi bodziec i pomoc do poprawy oraz wynagrodzenia za winy.

Jest oczywiste, że aby osiągnąć wszystkie te cele, wymiar i jakość kary powinny być dokładnie rozważone i ocenione, i nie powinny sięgać do najwyższego wymiaru, czyli do odebrania życia przestępcy, poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa. Dzisiaj jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale.

W każdym razie pozostaje w mocy zasada wskazana przez nowy Katechizm Kościoła Katolickiego: „Jeśli środki bezkrwawe wystarczają do obrony życia ludzkiego przed napastnikiem i do ochrony porządku publicznego oraz bezpieczeństwa osób, władza powinna stosować te środki, gdyż są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej”.

A więc Kościół katolicki nie zakazuje kary śmierci jako "niechrześcijańskiej". Uważa ją za rzecz złą, ale dopuszcza ją w uzasadnionych przypadkach. Katoliku, dotarło?

Share

Dlaczego nie cieszy mnie dobry wynik Palikota

Wynik ostatnich wyborów parlamentarnych był dla wielu całkowitym zaskoczeniem. Choć rezultat rozgrywki o pierwsze dwa miejsca był łatwy do przewidzenia, o tyle procenty uzyskane przez pozostałe ugrupowania wprawiły mnie osobiście w osłupienie. Dziwi zaskakująco dobry wynik PSL, zaś sromotna porażka SLD pokazuje i kryzys ideowy tej partii, i bezwzględne bankructwo polityki tow. Napieralskiego. Ale kto by przypuszczał, że trzecie miejsce, z 10-procentowym poparciem, zajmie Ruch Palikota? Choć bliskie są mi postulaty świeckiego państwa i zerwania sojuszu tronu z ołtarzem, zaliczam się do największych przeciwników tego pana i tego, co prezentuje on swoją osobą. Pozwolę sobie zacytować zdanie z artykułu p. Mariusza Janickiego i Wiesława Madyki z przedostatniej Polityki, którzy stwierdzili odnośnie dobrego wyniku RPP: "Tyle mówi to o samym Palikocie, co o polskiej polityce". Nie sposób się z tym nie zgodzić – to istotnie dowód na to, że polska polityka osiągnęła dno. I świadczy to też o niedobrej kondycji umysłowej polskiego społeczeństwa. Przy Palikocie Samoobrona w sejmie była merytorycznym ugrupowaniem. Dlaczego nie popieram Palikota?

1. Bo jest to błazen. Nie wyrzucam mu – w przeciwieństwie do wielu – że wydawał kiedyś Ozon. Każdy ma prawo do zmiany poglądów. Katarzyna Piekarska też przeniosła się z Unii Demokratycznej/Unii Wolności do SLD, a nikt nie zarzuca jej obłudy i oportunizmu. Problem w tym, że z ust Palikota nie padło nigdy ani jedno sensowne, merytoryczne zdanie. "Polityka" tego znamy jedynie z akcji ze sztucznym penisem, kierowaniem prezydenta na odwyk alkoholowy czy nawet robieniem szopki wokół żałoby narodowej (pamiętacie jeszcze tego zasmuconego Palikota w okularach sprzed roku? To ten sam poziom co obrońcy krzyża spod pałacu). Polityka to nie hucpa. Jeżeli ktoś naprawdę potrzebuje błazna w parlamencie, to wolałbym Janusza Korwin-Mikke. Też błaznuje, ale nie schodzi nigdy poniżej granicy dobrego smaku, nie obraża w ordynarny sposób innych, a nawet zdarza mu się coś błyskotliwego powiedzieć…

2. Kim są ludzie z Ruchu Poparcia Palikota? Zbieranina anonimów. Znowuż odwołam się do artykułu z Polityki – działacz gejowski, transseksualistka, kilku mało znanych lokalnych biznesmenów (czy nie szemranych?), działacze na rzecz legalizacji narkotyków. Żaden z nich nie udzielał się w życiu publicznie, nawet w radzie osiedla. Teraz się okazało, że jeden czy dwóch panów przywaliło komuś kiedyś kijem baseballowym. Co te osoby sobą reprezentują, jakie mają poglądy, kto je zna? Doprawdy nie mogę wyjść z podziwu dla znacznej części Polaków, którzy oddali swoją przyszłość w ręce takim błaznom jak były ksiądz Roman Kotliński, wydawca tygodnika Fakty i mity. Poziom tego szmatławca jest tak wulgarny, że nie da się tego czytać (nie mówiąc już o tym, że gdyby wszystkie opisane tam "afery" były prawdziwe, to z prostej arytmetyki już kilka lat temu zabrakłoby w Polsce duchownych o których można pisać). A wicenaczelny Nie? To są politycy? To są osoby warte zaufania? To są mężowie stanu?

3. Jaki program ma Palikot? Legalizacja narkotyków, aby głupie małolaty mogły się naćpać (i dlatego tłumnie głosowały na RPP), legalizacja aborcji i zdjęcie krzyża z sejmu to nie jest program. Jakie ten pan ma rozwiązania gospodarczo-ustrojowe, poza oklepanym sloganem z 1946 roku o zniesieniu senatu? Że znowu sięgnę do Polityki, bo akurat podali jako przykład startującego z mojego okręgu jakiegoś Steliosa Alewrasa. Program polityczny tego pana: państwo powinno utworzyć wielkie plantacje, na których będzie dzierżawiło chętnym działki. Na tych działkach chętni będą sobie uprawiać różne roślinki, w celu ich późniejszego przyjarania – bo pan Stelios Alewras też lubi sobie przyjarać. Oto program na nowe czasy!

Czyżby czekały nas cztery lata błazenady na najniższym z możliwych poziomów? Czy czekają nas posłowie jarający trawkę na mównicy sejmowej, tudzież machający z niej sztucznym penisem? Oj, zatęsknimy za Gabrielem Janowskim i Renatką Beger, jeszcze nie raz…

Share

Ave Szatan

Nie trzeba na bieżąco śledzić aktualnych wydarzeń oraz doniesień medialnych, by zauważyć że tego lata Polskę opanował Szatan. Najpierw oszałamiającą karierę zrobił dzięki Youtube nieznany nikomu ksiądz Natanek, wyjący z ambony o diable kryjącym się nawet za sałatą w lodówce, wywalający z prawego sierpowego dziennikarzowi TVN i przekazujący nowe prawdy wiary dotyczące arcybiskupa Życińskiego przywiązanego najgrubszym łańcuchem na dnie piekła. Natanek został obłożony suspensą – oficjalnie za głoszenie błędów teologicznych. Śmiem wątpić, czy był to rzeczywisty powód – podobne poglądy wygłasza co niedziela z ambony pewnie z 70% polskich proboszczów. Ale tu już było za głośno i Episkopat zapewne stwierdził iż najlepiej umyć ręce od całej sprawy, wyrzucając kretyna ze wspólnoty. Niech sobie głosi co chce, ale samodzielnie. No i głosi, przekazując jakieś dziwaczne objawienia których rzekomo doznaje i dowodząc ruchem na rzecz intronizacji Jezusa. I tu ma wsparcie naszych najgorliwszych katolików – pań i panów spod szyldu Radia Maryja i TV Trwam, którzy spędzają miło czas w namiocie na Krakowskim Przedmieściu. Krzyża już od roku nie ma, ale "obrońcy krzyża" nadal niewzruszenie trwają na posterunku i dzielnie go bronią.

Rydzykowe media trwają też posterunku w sprawie Nergala, która zdominowała życie społeczno-polityczne naszego kraju w ostatnich tygodniach. Za 2 tygodnie wybory parlamentarne, a mimo to najważniejszą życiową kwestią Polaków jest Nergal. Biskupi grzmią, stowarzyszenia katolickie protestują, ba! – nawet posłowie pewnej partii uczynili z tego jeden z głównych tematów kampanii. Zatrudniając p.Nergala jako jurora do jakiegoś setnego z kolei infantylnego muzycznego programu media promują satanizm. A pan Nergal się śmieje, bo jeszcze nigdy w życiu nie miał takiej reklamy. Biskupi napędzają mu oglądalność (choć twierdzą, że to nie oni, tylko Szatan). Proponowałbym panu Braunowi, żeby zatrudnił Darskiego jako prowadzącego program "Ziarno". Byłoby przynajmniej z czego się pośmiać, bo na razie jest tylko żenada i dno z bąbelkami.

Szatan opanował Polskę. Szatan w telewizji, szatan w jaskrawych kolorach lakierów do paznokci, szatan w irokezach na głowie. Wiedz, że coś się dzieje, nawet Aragorn ze Świebodzina tu nie pomoże. Zastanawiam się, czy ta ogólnonarodowa histeria to wynik manicheizacji polskiego katolicyzmu, czy może rzeczywiście w tym kraju zamiast 98% katolików jest 98% satanistów. W każdym razie, Ave Szatan (choć programu Nergala i tak nie mam zamiaru oglądać).

 

PS A gdyby ktoś miał wątpliwości czy Kościół miesza się do polityki i będzie chciał wpływać na wynik zbliżających się wyborów, polecam chociażby lekturę Gościa Niedzielnego, który robi mocno reklamę zainicjowanej przez różne stowarzyszenia pro-life kampanii "Na tych kandydatów warto głosować" (oczywiście w ogóle nie mającej związku z wyborami). Na czym polega ta kampania? Polityk podpisuje oświadczenie, że jest prolajfem, a potem Gość Niedzielny robi mu darmową kampanię wyborczą, pisząc że to dobry kandydat, miłujący embriony, zarodki i w ogóle. I kto najlepiej to skomentował? Nie, nie Palikot ani Senyszyn… Wojciech Wierzejski na swoim blogu! P. Wierzejski zwrócił uwagę, iż na liście owych "dobrych katolickich polityków" znaleźli się członkowie pewnej partii, którzy podczas głosowania w sejmie w 2007 roku wcale nie byli za "ochroną życia". Ale to oczywiście nadal nie ma żadnego związku z wyborami i popieraniem przez Kościół pewnej partii. Za to kardynał Dziwisz zebrał ostatnio solidną burę za to iż ośmiela się mieć sympatię dla całkiem innej partii. Na szczęście jeśli wybory pójdą po myśli ojców redemptorystów z Torunia, szatan zostanie z Polski wypędzony na cztery wiatry.

Share

Merlin i genetyczni Słowianie

W Polityce z dnia 11 maja br. znajduje się artykuł Agnieszki Kamińskiej Między Jaryłą a Kupałą. I tak czytuję ten tygodnik, więc do artykułu prędzej czy później bym dotarł. Przy zakupie rzuciły mi się w oczy widniejące na okładce słowa "Nasi nowi poganie". Po zerknięciu do środka znalazłem trzystonicowy artykuł o współczesnym polskim pogaństwie. Nie ukrywam, że pomny opisywanego tu kiedyś przeze mnie tandetnego artykułu z Newsweeka Nowa twarz Świętowita, podszedłem do tego tekstu jak pies do jeża. Ku mojemu zdziwieniu zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Niestety, nie obyło się bez kilku zgrzytów. Postaram się pozytywne i negatywne strony artykułu wypunktować.

PLUSY

- artykuł jest napisany solidnie i obiektywnie. Autorka stara się przedstawić temat w miarę zwięźle i ciekawie, w przeciwieństwie do praktyk znanych z Nowej twarzy Świętowita nie podchodząc do sprawy jako do opisu jakichś cudaków i nie sypiąc co drugie słowo niezrozumiałą dla przeciętnego Kowalskiego terminologią typu "chram" czy "wołchw".

-sporo miejsca oddano poganom, by wypowiedzieli się własnymi słowy. Widziałem już na forach rodzimowierczych raban, że w kolejnym miejscu temat zmonopolizował Ratomir Wilkowski. Cóż panowie – to do dzieła, i wy wyjdźcie do mediów. Mnie wyjątkowo wypowiedzi p. Wilkowskiego się podobały, były wyważone i chyba po raz pierwszy bez wciskanych odwołań do własnych koncepcji jako dogmatów pogaństwa ("Metawszechświat" etc.). A jeśli ktoś się dziwi, czemu nie poproszono innych środowisk, może znajdzie odpowiedź w minusach artykułu…

- autorka – i tu dla niej brawa – pokazała przy okazji pogańskie korzenie chrześcijańskich świąt. Wspomniała o wpływie kultu Sol Invictus na Boże Narodzenie czy Dziadów na Zaduszki. Tym większe brawa dla niej, bo pisanie takich rzeczy w poczytnych czasopismach jest w tym kraju nadal nieco tematem tabu, a piszący takie słowa może się spotkać z ostracyzmem. Ot, niedawno, bodajże w Niedzieli, dziennikarzy zajmujących się tematem wpływów pogańskich na obrzędowość katolicką oficjalnie wyklęto…

Kolej na nieliczne, ale wyraziste zgrzyty…

MINUSY

- tematyka artykułu nie wydaje mi się zbyt szczęśliwie dobrana. Próżno szukać informacji o ciężkim losie polskich hellenistów, asatrystach czy przedstawicielach innych, mniejszych ścieżek. Połowę artykułu – co jest chyba zrozumiałe – poświęcono rodzimowiercom. Niestety, drugą jego część zdominowali wiccanie. I akurat ta część jest mało ciekawa. Miało być o poganach, jest o okultystyczno-ezoterycznych sektach synkretycznych. Na domiar złego pani redaktor zaczyna się pod koniec wyraźnie gubić i wyjeżdża z porównaniami do czarodzieja Merlina. Temat zostaje zbanalizowany, artykuł na tym traci…

- pogan portret własny. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do tego, dlaczego do wypowiedzenia się w tym i innych miejscach o głos proszony jest zawsze p. Ratomir Wilkowski, a poganie od lat i bez lepszych perspektyw na przyszłość traktowani są jako oszołomy, niech zerknie do zamieszczonej w artykule ramki z deklaracjami wyznaniowymi trzech rodzimowierczych związków wyznaniowych. Doktryny dwóch z nich (a więc arytmetycznej większości) pokazują, że gros polskich pogan wciąż tkwi w subkulturach lat 90., w klimatach Konkwisty 88 i Stronnictwa Narodowego Szczerbiec. Co zresztą niedawne demonstracje w dniu 11 listopada, gdy "poganie" z Zadrugi i Niklota paradowali ramię w ramię z ultrakatolickim Narodowym Odrodzeniem Polski oraz Obozem Narodowo-Radykalnym krzycząc "Wielka Polska", dobitnie pokazują. I tak zachęcony być może tematem pogaństwa tzw. przeciętny czytelnik dowie się iż poganinem może co prawda być, ale według RW i SW musi być najpierw: u RW "genetycznym Słowianinem", u SW co prawda tylko obywatelem polskim, ale i tak "preferowane są osoby o słowiańskim pochodzeniu" (czyli co najmniej dwie osoby które znam nie nadają się na rodzimowierców, bo gdzieś w średniowieczu ich przodkowie przywędrowali na ziemie polskie z Armenii). No i muszą mieć życie erotyczne ułożone tak jak Pan Jezus i Pismo Święte nakazują. Wyciągając analogie, większość redaktorów Pantheionu popełnia grzech śmiertelny – czczą bogów helleńskich nie będąc nie dość że "genetycznymi Grekami", to nawet obywatelami państwa greckiego. A co robią pod kołdrą, to jeszcze im nie sprawdzaliśmy… Panowie, macie do dziesiątego pokolenia wstecz czystych rasowo greckich przodków? Nie? To ani mi się ważcie modlić do Dzeusa!

Share

Achikar i takie sobie bajeczki

Kilka lat temu krakowskie wydawnictwo WAM wydało 5-tomowy zbiór apokryfów Nowego Testamentu. Ten monumentalny projekt jest ze wszech miar godny podziwu bo, pomijając jego olbrzymie znaczenie dla rozwoju polskiej biblistyki, jest to olbrzymia praca translatorska (rzadko niestety w Polsce spotkać można przedsięwzięcia wydawnicze na taką skalę).

Niespełna miesiąc temu ukazał się kolejny tom z tej serii, pt. "Apokryfy syryjskie". Warte uwagi już chociażby ze względu na fakt, iż w Polsce tłumaczenia tak egzotycznej literatury, z tak egzotycznych języków, są wydarzeniem zdarzającym się raz na kilka(naście) lat. Tom zawiera trzy teksty: Historia i przysłowia Achikara, Grota Skarbów oraz Apokalipsa Pseudo-Metodego. Pomijam tu, że tzw. "przekłady" dwóch z owych tekstów wypuściło sandomierskie wydawnictwo Armoryka, bo to "tłumaczenia" z angielskich XIX-wiecznych tłumaczeń autorstwa różnych ezoteryko-okultystów, w dodatku koślawą polszczyzną pisane. Tu mamy porządne przekłady z oryginału.

Dwa końcowe teksty, Grota Skarbów i Apokalipsa Pseudo-Metodego są ze sobą tematycznie powiązane i stanowią w zasadzie inny sposób opowiedzenia tej samej treści. Obydwa utwory to parafrazy biblijne, prezentujące skrótowo całą "historię świata" od stworzenia do Pięćdziesiątnicy. Są to bardzo ciekawe teksty, warte lektury przynajmniej dla poznania źródeł chrześcijańskiej folklorystyki. Oto bowiem tu, i w podobnych utworach z tego okresu, znajdujemy "prawdy wiary" ludycznego chrześcijaństwa, które – choć próżno ich szukać w Biblii – przez wieki obecne są na kościelnych obrazach, a każda babcia w moherowym berecie gotowa nas za ich kwestionowanie zabić. To w apokryficznej Grocie Skarbów, a nie w Nowym Testamencie wyczytamy że króli było trzech, że Jezusa ukrzyżowano w miejscu pochówku Adama, czy wreszcie – najlepsza z tych bajeczek – że Pan Nasz żydowskim obyczajem został co prawda obrzezany, ale w cudowny sposób napletka przez to nie stracił 

Najbardziej ciekawym wydaje się jednak pierwszy tekst, Historia i przysłowia Achikara, a to z tego względu iż ukazuje kolejny przykład przejmowania przez judaizm-chrześcijaństwo tekstów wcześniejszych, pogańskich (i przy okazji ich spłycanie). Tłumacze zamieścili trzy różne wersje tego tekstu, co najlepiej pozwala prześledzić jego "ewolucję". Tytułowy Achikar to bohater starego asyryjskiego tekstu mądrościowego, postać na poły legendarna. Jego osoba była na tyle atrakcyjna, że podczas niewoli babilońskiej przyswoili ją do swojej literatury Żydzi. I tak ów Achikar – który w pierwotnej wersji tekstu śpiewa piękne hymny na cześć Szamasza i Baala! – stał się jednym z bohaterów Księgi Tobiasza, a w żydowskiej wersji opowieści modli się już do Jahwe. Tekst zjudaizowany przejęli potem chrześcijanie i tak ostatecznie ten pobożny wyznawca Szamasza zaczął posługiwać się przypowieściami skopiowanymi żywcem z Ewangelii! W podobny sposób zresztą "przerabiali" na swoją modłę Żydzi i za nimi chrześcijanie wyrocznie Sybilli…

Apokryfy syryjskie są znakomitym suplementem do 5-tomowej edycji Apokryfów Nowego Testamentu, chociaż można je czytać również samodzielnie jako że odnoszą się do nieco innego środowiska kulturowego i językowego niż tamte. No i w porównaniu do wielu innych apokryfów, zwłaszcza tych pisanych po łacinie, są w miarę poprawnie literacko napisane (przede wszystkim cykl Achikara). Bez wątpienia dla osoby zainteresowanej biblistyką lub chcącej spojrzeć na chrześcijaństwo z dystansem, poznać pozabiblijne korzenie jego wyobrażeń (przewijających się przez stulecia w sztuce) jest to pozycja obowiązkowa.

 

 

Share

Ich dziwaczny świat

Czytam sobie najnowszy numer "Gościa niedzielnego" i coraz bardziej jestem zdumiony, coraz bardziej nie mogę pojąć dziwności świata w jakiej żyje znaczna część polskich katolików.

Od okładki już wielkie "hurra!", bo Europejski Trybunał Praw Człowieka ostatecznie stwierdził że krzyże we włoskich placówkach publicznych mogą sobie wisieć. Co prawda płacz i larum się podnosi, bo sędziowie ze Strasburga uznali owe krzyże za "symbol kulturowy" a nie znak silniejszej niż śmierć miłości Boga do człowieka (jak napisali redaktorzy GN i jak pewnie chcieliby widzieć w orzeczeniu Trybunału), ale ogólnie hurra. No więc można teraz pojechać po bandzie. Tym dogryźć, tych obrazić, tych obrzucić błotem – i ostatecznie pokazać w jak irracjonalnej rzeczywistości się żyje. Gorzej, że ostatecznym celem jest wprowadzenie nam wszystkim ku zbawieniu naszych dusz tej rzeczywistości.

Już pal licho kolejne uskutecznianie rozdziału Kościoła od państwa przez coraz mocniejsze zapętlanie się w popieraniu wiadomej opcji którą każdy prawdziwy Polak i katolik winien popierać; pal licho kolejny odcinek serialu "smoleńskie kłamstwo rządu" i apel w obronie niesłusznie prześladowanego za głoszenie owej prawdy "wybitnego poety" Jarosława Rymkiewicza. Wielka miłość do tego naszego współczesnego polskiego naśladowcy Horacego odbija się z drugiej strony (co charakterystyczne dla środowiska GN) seansem nienawiści do wszystkich co wyglądają i myślą inaczej. O ile kolejna radosna wieść że znowu jakiś anglikanin przeszedł na katolicyzm, z czego wszyscy się ogromnie cieszymy i mamy nadzieje na rychłe wykończenie tych parszywych heretyków, jest już pewnym standardem, to setnie bawiły mnie i przeraziły jednocześnie dwie rzeczy które na łamach GN znalazłem:

1. Standardowo Franciszek Kucharczak przechodzi sam siebie. Jego bełkotliwy felieton jak zwykle na ten sam temat, ale zamieszczona do niego ilustracja jest istnym majstersztykiem, na spłodzenie którego stać umysł znajdujący się już naprawdę w stadium skrajnej głupoty. Na obrazku widzimy budynek kościoła, który to został przejęty przez tych wstrętnych "ateistów" co właśnie w Strasburgu przegrali z jedyną i nieomylną prawdą. Z kościoła zniknął krzyż, zastąpiony przez znak pacyfy, a nad wejściem widoczny jest napis "klub nocny" oraz… symbol religijny taoizmu. Wyznawców tej religii w Polsce raczej nie mamy, a sprawa dość marginalna by ci z Dalekiego Wschodu się tym zainteresowali. Religia starsza i mądrzejsza od chrześcijaństwa (co zapewne ich tak bardzo boli) została zrównana z burdelem. Parę stron wcześniej w tej samej gazecie można wyczytać jakieś słowa o "wolności religijnej" i "szacunku". Oczywiście, odnoszą się one jedynie do chrześcijan i ich symboli…

2. Jakiś inny uczony redaktor z Gościa Niedzielnego wprost dostaje orgazmu na wieść, iż 19 marca prezydent Włoch otrzymał od grupy małolatów pismo w sprawie "ochrony życia poczętego". Skąd ta rozkosz? No bo jest to święto narodowe Włoch, rocznica zjednoczenia państwa. Redaktor nie omieszka nam wytłumaczyć skąd u niego taka radość z okazji zbieżności tych dwóch dat. Zjednoczenie Włoch to spisek laicki mający na celu likwidację Państwa Kościelnego. Bezbożni twórcy nowoczesnych Włoch śmieli uchwalić konstytucję w myśl której przekonania religijne nie mogą mieć wpływu na przepisy państwa demokratycznego. Na szczęście jest garstka sprawiedliwych, która nie obchodzi tego "kreowanego przez media, które podsycają do laicyzacji" święta. Nie chcą tej "medialnej historii", chcą "świata realnego, uporządkowanego moralnie". W domyśle – natychmiastowej likwidacji państwa włoskiego i restytucji Państwa Kościelnego oraz arcykatolickiego Królestwa Obojga Sycylii.

Gdzie jest granica skretynienia?

 

Share