Nie rozdzieram szat, nie wylewam łez. Śmierć Wisławy Szymborskiej nie wstrząsnęła mną, ani mnie nie zasmuciła. Po prostu – nie interesuje mnie. Za wielką poetkę jej nie uważałem, wierszy jej nie lubię, podobnie nie zachwycała mnie swoją osobą. Pod względem talentów literackich było w Polsce kilka innych osób, które bardziej zasługiwały na Nobla. Pod względem typu człowieka, jaki pani Szymborska sobą reprezentowała, był to najgorszy z możliwych gatunków, wilk w owczej skórze.
Na początku 1953 roku grupa "intelektualistów" chodzących na pasku stalinowskiej władzy, sama śmietanka typu Mrożek, Przyboś, Bunsch i Szymborska właśnie, wystosowała do przywódców państwa list z żądaniem kary śmierci dla księży oskarżonych w sfingowanym tzw. procesie krakowskim o szpiegostwo na rzecz USA i Watykanu. Większość z sygnatariuszy miała już na swoim koncie wiernopoddańcze wierszyki, w których sławili pod niebiosa Wujka Józka. W prasie i na ulicach podobną działalność prowadzili Jacek Kuroń z kolegami Michnikiem i Modzelewskim. Aż przyszedł Październik 1956 roku. Hunwejbini stalinowskiego reżimu nagle stali się "opozycjonistami". Michnik z Kuroniem od końca lat 50. będą słali do władzy listy, w których skarżyli się na rewizjonizm i porzucenie wzniosłych ideałów stalinizmu. Szymborska, Mrożek i Przyboś przy tym wtórują. Niestety inny "wielki polski noblista" Czesław Miłosz wtórować nie może, bo zdążył uciec za granicę. Tak się na rewizjonizm władz obraził, że do 1989 roku będzie na emigracji, przed wyjazdem do USA zdążywszy jednakże wylizać dokładnie stalinowskiemu reżimowi buty, za co ów reżim nagrodził go posadą attaché kulturalnego w Paryżu. Wraz z nim na zachód uciekał Józef Światło, ub-owski kat który też nagle zapragnął pobawić się w opozycjonistę i żyć dostatnie na zachodzie z wylewania wiader pomyj na kraj z którego właśnie uciekł. Za czasów Gierka dawni hunwejbini rozwiną swą działalność. Stalinowskie harcerstwo (Kuroń, Michnik) walczyć będzie orężem, zaś stalinowscy literaci (Szymborska, Mrożek, Miłosz) będą ich wspierać w tej walce piórem. Gdy uda im się w końcu obalić ów system który ośmielił się zdradzić w 1956 roku stalinowskie ideały, podpisywacze apelów do władz staną się urzędowo zatwierdzonymi sumieniami narodu, największymi z Polaków, wzorami cnót wszelakich.
Gdy miłosiernie nam panowała IV RP, Telewizja Polska w ramach "polityki historycznej" nadawała propagandowy program (dla niepoznaki zwany "dokumentalnym"), pt. Errata do biografii. W programie tym niemiłosiernie obsmarowywano intelektualistów, którzy będąc realistami po 1945 roku pogodzili się z zaistniałą sytuacją geopolityczną i krajową. A więc zjechano wzdłuż i wszerz Iwaszkiewicza, Borowskiego czy Ważyka (którzy w 1953 roku w przeciwieństwie do p. Noblistki listu do władz nie podpisywali). A nawet Wańkowicza i Cata-Mackiewicza, bo znudziła im się zabawa w "rząd londyński" i w dodatku ośmielili się wrócić do kraju już po 1956 roku, gdy Szymborska z Miłoszem walczyli z antystalinowskim rewizjonizmem. I chociaż Szymborska z Miłoszem nie dorastali nawet do pięt Wańkowiczowi i Mackiewiczowi, to jakoś im erraty do biografii nie zrobiono, bo przecież hunwejbinów ówczesnego reżimu nie można ruszać, zwłaszcza że są to koledzy Michnika i urzędowo zadekretowane przez Gazetę Wyborczą dyżurne autorytety.
Przed wyborami – proszę o wybaczenie, bo nie pamiętam dokładnie już którymi – w 2005 czy 2007 roku, na drugiej stronie Gazety Wyborczej, w wydaniu weekendowym przed dniem wyborów, polska noblistka zamieściła cykl infantylnych "wierszyków o kaczuszkach". Chociaż osobiście dostaję szewskiej pasji patrząc na Jarosława K., uważam że to co wówczas zrobiła Szymborska było intelektualnym dnem. Miała być satyra, wyszło samoośmieszenie się grafomańskimi wierszydłami. Czy noblista, rzekomy autorytet intelektualny, tak się zachowuje?
Zapomniano dziś postać Zbigniewa Herberta, wielkiego poetę, eseistę i dramaturga, który po tysiąckroć bardziej zasługiwał na nagrodę Nobla niż Miłosz czy Szymborska, po tysiąckroć większym autorytetem intelektualnym i moralnym był. Nie splamił się nigdy pisywaniem wierszy ku czci Stalina i podpisywaniem apeli do władz, wolał do 1956 roku przymierać głodem. I choć do końca był krytyczny wobec władzy ludowej, nie bawił się w "wielkiego opozycjonistę", nie emigrował, podczas pobytu za granicą nie srał do własnego gniazda oczerniając własny kraj w rozmowach z zachodnimi dziennikarzami (w końcu jest jaka jest, ale zawsze Ojczyzna). Nie szedł pod rękę z przefarbowanymi na opozycjonistów hunwejbinami stalinizmu, bo wiedział co to za typ ludzi. Kogo, drogi Czytelniku, stawisz sobie za wzór? Czy opłakiwać będziesz Szymborską?




