Mnisia enklawa na półwyspie góry Atos przestałaby istnieć, gdyby…

W ubiegłorocznym, grudniowym numerze „National Geographic”, w artykule Roberta Drapera pt. „Wezwani na świętą górę”, opisana jest mnisia enklawa z półwyspu góry Atos (2033 m), której początki sięgają IX wieku. Półwysep ten znajduje się w północnej części kontynentalnej Grecji i jest wysunięty 50 km w głąb morza. Dziś znajduje się tam 20 klasztorów, 12 pustelni oraz setki mnisich cel. Są tam klasztory dla ortodoksyjnych chrześcijan z całego świata – nie tylko Rosjan czy Serbów, ale i obywateli USA, Australii czy Wielkiej Brytanii.

Na „święty” półwysep nie mają wstępu jedynie kobiety. „Góra Atos jest tylko dla mężczyzn. Zgodnie z surowo przestrzeganą zasadą od samego początku istnienia klasztorów wstęp dla kobiet był wzbroniony. Przepis ten wynikał raczej z męskiej słabości niż złośliwości wobec płci pięknej. Jak wyjaśnia jeden z mnichów: – Gdyby kobiety mogły tu przyjeżdżać, dwie trzecie z nas uciekłoby z nimi i założyło rodziny”.

Wstępując do klasztoru mnich zrywa relacje ze swoją matką, by zyskać nową matkę, czyli mówiąc potocznie – macochę w postaci Maryi (na półwyspie krąży legenda jakoby matka Jezusa podczas morskiej podróży na Cypr zboczyła z trasy i przybyła na półwysep Atos, kiedy weszła na ląd i pobłogosławiła jej mieszkańców, wszyscy nawrócili się na jedynie prawdziwą i słuszną religię, tj. ortodoksyjne chrześcijaństwo). Po wstąpieniu do klasztoru mnich nawiązuje bliskie więzi z opatem lub starszym mnichem, który przejmuje rolę duchowego ojca i „pomaga ustanowić osobistą relację z Chrystusem”;.

Co ciekawe wraz z rozwojem cywilizacji przybywa coraz więcej ludzi, którzy szukają ucieczki od świata w klasztornych pustelniach. Są to często ludzie z wyższym wykształceniem. Wielu z nich pochodzi z krajów dawnego bloku wschodniego, gdzie po upadku komunizmu bardzo wzmogła się działalność propagandowa, zwana ewangelizacyjną, cerkwi prawosławnej. Liczba mnichów i nowicjuszy na górze Atos wynosi obecnie 2 tysiące i stale się powiększa.

Mnisia enklawa na półwyspie góry Atos zapewne przestałaby istnieć, co w końcu potwierdzają sami mnisi, gdyby pojawiły się tam… kobiety. Dzięki kobietom pustelnicy i uciekinierzy od problemów tego świata dochowaliby wierności swoim ziemskim matkom i ojcom, założyliby rodziny i żyli jak ich antyczni przodkowie przed pojawieniem się galilejskiego zabobonu nie z tego świata.

Św. Jan Chryzostom pisał, że „pośród wszystkich dzikich bestii nie masz szkodliwszej nad kobietę”. Współcześni nam mnisi chrześcijańscy wciąż podzielają mizoginistyczne poglądy tego świętego chrześcijańskiego. Boją się kobiet niczym bestii i demonów, ale tylko kobieta z krwi i kości byłaby w stanie tchnąć życie w umarłego dla świata mnicha.

Share

Rzym upadł jako państwo katolickie

Ponieważ zewsząd nadciągało to, co miało zgubić miasto, nie tylko pozbawiono posągi ozdób, lecz także niektóre, wykonane ze złota i srebra, stopiono; wśród nich znajdował się posąg Męstwa, które Rzymianie nazywają Virtus. Gdy został on zniszczony, zaginęło męstwo i cnota, które Rzymianie posiadali. Co miało się zdarzyć od tego czasu, przepowiadali ci, którzy zajmowali się religią i tradycyjnymi obrzędami.

Zosimos, Nowa historia, Ks. V XLI, 7.

Na swoich seminariach dr Stanisław Krajski czołowy radiomaryjny specjalista od masonerii i savoir vivre’u w kościele przekonuje swoich słuchaczy, że Rzym upadł jako państwo… pogańskie.

Doktor Stanisław Krajski twierdzi, że “barbarzyńcy zniszczyli świat pogański” (upadek Rzymu) i dopiero na zgliszczach tego świata katolicy zbudowali świat chrześcijański. Jest to często powtarzany pogląd nie tylko przez Krajskiego. Swego czasu i o. Klimuszko (znany szerzej jako uzdrowiciel) pisał, iż “upadek Rzymu dziś jeszcze zastanawia historyków i socjologów. Przecież imperium rzymskie reprezentowało wówczas najwyższą potęgę militarną, państwową, administracyjną i terytorialną. Wola Rzymu była prawem dla całego ówczesnego świata. I ten kolos, stojący u szczytu swej potęgi, runął pod naporem dzikich, stepowych hord. Tak się stać musiało. Błyszczał on bowiem na zewnątrz złotem, wewnątrz zaś był dotknięty rozkładem fizycznym i duchowym . Kiedy w roku 455 Wandalowie wkroczyli do stolicy imperium — pisze dalej o. Klimuszko – nie napotkali żadnego oporu, miasta nikt nie bronił. Mężczyźni obojętnie przypatrywali się barbarzyńcom, a kobiety z balkonów posyłały im uśmiechy. Miecze dzikich hord dobijały tylko ten nieuleczalnie chory moralnie naród”. A więc i ów katolicki uzdrowiciel, jakże by inaczej, przyczyny zła szukał tam, gdzie upatruje ją większość wykształconego na „prawdach” Kościoła ogółu, tj. w rozkładzie moralnym i obyczajowym Rzymian. Ale takie bajki łatwiej wmówić tym, którzy nie znają oczywistych faktów. Zatem przypomnijmy w skrócie, jak się odbywała katolicyzacja największego w owym czasie państwa europejskiego, tj. Imperium Romanum. W 341 roku cesarz Konstans zakazał wszelkich ofiar pogańskich i nakazał zamkniecie świątyń. Od 346 roku ustawa groziła śmiercią tym, którzy składali ofiary Bogom. Normy religijne chrześcijaństwa przenoszono na prawodawstwo: i tak w 342 Konstans zabronił homoseksualizmu. Edykt tesaloński cesarza Teodozjusza z 380 r. określał jedyne obowiązujące mieszkańców Imperium Rzymskiego wyznanie (katolickie). Od tego momentu wyznawanie tradycyjnej religii (politeistycznej i pogańskiej) było karane konfiskatą majątku i śmiercią. I tak w 381 r. usunięto ze stanowisk urzędowych wszystkich pogan i chrześcijan heretyków. W 382 r. na rozkaz cesarza Gracjana wyniesiono z sali posiedzeń senatu posąg Bogini Wiktorii.

Wcześniej zakazano już obrzędów publicznych o charakterze pogańskim, nadal jednak tolerowane było składanie ofiar w domach prywatnych. Ale za rządów cesarza Teodozjusza pojawiło się szereg zarządzeń o charakterze antypogańskim, które postawiły pod nadzorem także domy prywatne. Edykty z 391 i 392 zakazały wszelkich form tradycyjnego kultu, nawet spalenie kadzidła lub wylanie płynu ku czci Larów czy Geniusza były zakazane. Barbarzyńsko niszczono świątynie pogańskie i posągi Bogów. Można powiedzieć, że za rządów tego właśnie cesarza – przez chrześcijan nazywanego Wielkim – nastąpiło podcięcie prawdziwych, rodzimych korzeni duchowych aryjskiej Europy. Wszelkie bowiem przedchrześcijańskie instytucje, obyczaje i zwyczaje związane z pogaństwem były skazane na śmierć i zapomnienie (w 393 r. nie odbyły się już nawet kolejne igrzyska olimpijskie).

W końcu Teodozjusz II, aczkolwiek nieco przedwcześnie, w swoim dekrecie z 423 r. oświadczył: paganos qui supersunt, tamquam iam nullos essse credamus (pogan, którzy pozostali, uznajemy za już nie istniejących). Na Zachodzie do końca V wieku odmawiającym przyjęcia wiary w Chrystusa deportowano na Korsykę i Sardynię (tutaj zachowały się do dnia dzisiejszego podziemne świątynie przedchrześcijańskich kultów). Na Wschodzie natomiast jeszcze w połowie VI wieku, w czasach panowania Justyniana I, nakazano siłą ochrzcić 70 tysięcy ludzi w samej Azji Mniejszej oraz zamknąć jedną z ostatnich ostoi ducha europejskiego – Akademię Ateńską (529).

Upadek Rzymu w 476 r. był więc końcem Rzymu katolickiego. Jako państwo pogańskie Wieczne Miasto przestało istnieć co najmniej 100 lat wcześniej.

Stanisław Krajski zapytuje jednak, nie troszcząc się w ogóle o fakty historyczne: “Co to jest Babilon? Pisze o tym dużo św. Augustyn, który w takim Babilonie już żył. Żył przecież w pogańskim państwie wyznaniowym – Cesarstwie Rzymskim – Unii Europejskiej starożytności” (6. Ku Europie pogańskiej – przyszedł czas na Unię Europejską). Przypomnijmy więc i fakty związane z życiem tego świętego katolickiego. Augustyn żył w latach 354-430. A więc miał 26 lat, kiedy Rzym był już katolicki (wcześniej wszystkie wyznania były zrównane wobec prawa, tj. od 311, 313). Od 380 r. obowiązywał edykt cesarza Teodozjusza (tesaloński) nakazujący wszystkim obywatelom Imperium Rzymskiego wyznawanie religii katolickiej. Od 380, a więc w Cesarstwie Rzymskim, które było nietolerancyjnym, katolickim państwem wyznaniowym, opłacało się już być tylko i wyłącznie katolikiem. Dlaczego więc dr Krajski z taką zawziętością – niegodną przecież “obrońcy prawdy” – wciąż kłamie wbrew faktom historycznym? Chyba tylko dlatego, iż katolikom dziś ciężko byłoby przełknąć tę prawdę, że Rzym upadł nie jako jakieś „zdemoralizowane państwo pogańskie”, ale jako w pełnym tego słowa znaczeniu — totalne państwo katolickie (na jego terytorium nie dopuszczano istnienia innych kultów niż katolicki; jedyny wyjątek stanowili tylko żydzi).

Publikuję to, by uświadomić o faktach historycznych tych, którzy będą mieli okazję słuchać dra Krajskiego i jemu podobnych “ostatnich chrześcijan” nowych czasów, tj. ery postchrześcijańskiej, z taką fanatyczną zawziętością głoszących swoją “prawdę”, iż nawet nie zauważają, jak się mijają z faktami – z prawdą historyczną.

Share

Chrystusowy nihilizm i abnegacja

Obrońcy „odwiecznych prawd” i prawa tzw. naturalnego, czyli zdeklarowani i wierzący rzymscy katolicy, a więc członkowie jedynej na świecie instytucji, która ogłosiła, że dysponuje pełnym instrumentarium służącym „dziełu zbawienia” (tak oświadczyła Kongregacja Nauki Wiary pod kierownictwem kardynała Józefa Ratzingera), mogą oburzyć się, kiedy nazwie się ich nihilistami i abnegatami. Nie są przyzwyczajeni do wysłuchiwania inwektyw. To raczej oni celują w obrzucaniu wyzwiskami osób o odmiennym światopoglądzie. Boją się dyskusji wokół wartości. Swoich — gotowi są bronić aż do upadłego — choćby po trupach. Często nie przyjmują rzeczowych argumentów, bo ich wiara nie jest wyrozumowana, lecz uczuciowa, irracjonalna. (Dlatego też twardo stojącym na ziemi filozofom starożytnym zawsze wydawała się zabobonem i głupstwem.)

„Kościół żywy” traktuje jako niedopuszczalną każdą krytykę — „to zamach na najświętsze religijne wartości”. Często jednak odwołuje się do pierwotnych instynktów społecznych, posiłkuje się nimi, chrystianizując nawet nacjonalizm — przekonuje, że wartości chrześcijańskie są to także wartości „narodowe”.

Ci jednak, którzy nie zatracili wcale poczucia narodowego, ale zdołali się wyzwolić spod uroku „odwiecznych prawd” (nb. liczących zaledwie 2000 lat) nie mogą pogodzić się z tym, że w arsenale polskich wartości narodowych, znajdują się nadal antywartości — nihilizm i abnegacja. W obecnych czasach co prawda Kościół w swej propagandzie (nazywanej działalnością ewangelizacyjną, misyjną, chrystianizacyjną) uciszył poważnie pienia na chwałę „marności”. Trudno przecież propagować we współczesnym świecie antywartości (nazywamy je tak, gdyż przeczą one doczesności — wartościom życia doczesnego), kiedy ludzie tak dużą przecież rolę przypisują rzeczom tego świata. Każdy, kto by im przeczył zostałby nie tylko wyśmiany, ale i zlekceważony. Niemniej nie zmienia to faktu, że w arsenale kościelnych antywartości nihilizm i abnegacja zajmują poczesne miejsce. Czekają tam na swój czas. Kościół wierzy, że i tak ludzie kiedyś gremialnie powrócą do wiary — będą przytakiwać — że wszystko to jest „marność nad marnościami”. Nieszczęścia, katastrofy, wojny, choroby — to okres rozkwitu dla takich instytucji jak Kościół katolicki. Chwila załamania, zwątpienia w sens codziennego wysiłku — to moment, który Kościół potrafi zawsze uchwycić. „Mistyczne ciało Chrystusa” tylko czeka… Wierzy, że kiedyś to nastąpi, że znowu nadejdą dla niego wspaniałe czasy: papieże rzymscy włożą odkurzoną tiarę — w ruch pójdą lektyki i orientalne wachlarze; a Trybunały św. Inkwizycji będą ferować wyroki …

Czytając ponoć najpopularniejszą wśród katolików – zaraz po Biblii — książeczkę, tj. “O naśladowaniu Chrystusa”, Tomasza a Kempisa (analizę przeprowadzam na podstawie wyd. VII, Kraków 1991) natknąć się możemy na wiele treści świadczących wymownie o nihilizmie katolicyzmu. Nihilizmie, który zastosowany w życiu codziennym miałby zapewnić nie tylko „spokój ducha”, ale i „życie wieczne”; przy współudziale rzecz jasna „niezbędnych instrumentów” Kościoła.

Wspomnianą książeczkę, która ma nauczyć, jak skutecznie naśladować Boga-Człowieka, czytają katolicy „wszech czasów” (prawdopodobnie powstała w XIV wieku). W 1961 r. znaleziono ją ponoć w kieszeni marynarki tragicznie zmarłego (w katastrofie lotniczej) Daga Hammarskjölda, sekretarza generalnego ONZ. Świadczy to nie tylko o wielkiej poczytności tej książeczki — także wśród wpływowych osobistości, ale i o nieprzemijającym uroku antywartości w niej zawartych. Nikt chyba z katolików nie powie, iż traktuje ją wybiórczo — bierze tylko to, co jemu pasuje. Albo się naśladuje Chrystusa, albo się udaje, że się go naśladuje — także jego nihilizm i abnegację. Łatwiej pewnie naśladować ideał tylko w jednym aspekcie, który nam najbardziej odpowiada (w piciu wina na przykład), ale czy to jest naśladownictwo par excellence?

“O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis jest lekturą przystępną — rzec by można prymitywną w swojej treści. Nie wymaga więc specjalnych interpretacji. To ważne, ponieważ przedstawiając ją taką, jaką ona jest, unika się zarzutu, że coś się „spłyca”, rozumie po swojemu (heretycko-sekciarsku) — nie tak, jak to miało być w rzeczywistości. Takie zarzuty spotyka się często, kiedy odczytuje się ewangelie. Okazuje się wówczas, że są to tylko alegorie i nie można ich brać dosłownie. W tym alegoryzowaniu łapiemy się w końcu na tym, że wszystko to jedna wielka alegoria — w dodatku „nie z tego świata”.

Nihilizm i abnegacja odgrywa w systemie światopoglądowym chrześcijaństwa bardzo poważną rolę. Ma za zadanie pomóc w osiągnięciu doskonałości. We wspomnianej książeczce czytamy wyraźnie, że łaska (Chrystusa) jest “drogocenna i nie idzie w parze z umiłowaniem rzeczy doczesnych i ziemskich”.

“Usunąć więc trzeba wszelkie zapory łaski…” (s. 269, III 53). Zaporami tymi są rzecz jasna wszystkie rzeczy z „tego świata”. Dlatego — czytamy dalej – “szukaj dla siebie ustroni, ukochaj samotność, nie pragnij czczych rozmów (…) miej za nic świat cały, a obcowanie z Bogiem przenoś nad wszystkie zewnętrzne zajęcia” (s. 270, III 53). Odrzuca się więc wszystko, co jest niepotrzebne do obcowania z Bogiem w samotności — izolacji od świata zewnętrznego. Bo, po co zajmować się światem i jego sprawami, skoro to w niczym nie przyczynia się do doskonałości? Idąc tym nihilistycznym tropem “pokarm, napój, odzienie i inne rzeczy potrzebne do utrzymania ciała bywają ciężarem dla ducha gorliwego” (s. 198, III 26). Nie można się usidlić przez “zbytnią pożądliwość”, bo „inaczej ciało wzięłoby górę nad duchem” (tamże, s. 199). Taki człowiek modli się : “niech mnie nie uwiedzie świat ze swą krótką chwałą; niechaj swoją chytrością nie podejdzie mnie podstępnie szatan” (tamże, s. 198). Świat, jak widać, jest domeną szatana, diabła. To prawdziwy dramat, bo żyje się w kręgu jego władztwa — nie Boga. Doń należy wszystko: popędy, własne ciało, środowisko społeczne, materialne, pociąg do czegokolwiek ziemskiego. Dlatego też na tym „diabelskim padole”, którym niepodzielnie włada szatan, wierni Chrystusowi mają się zachowywać jako przychodnie i goście. Powinni się oddalić od znajomych i drogich sobie osób — oderwać swe serca od “wszelkiej doczesnej pociechy” (s. 270, III, 53). Wyrzekając się osób dalekich i bliskich, należy przede wszystkim strzec się “samego siebie” (por. tamże, s. 270-271). Bo przecież „zły” ma ciągle do nas dostęp. Każdy, kto uwierzy w to, czuje w sobie przyczajonego „złego” — szatana w postaci żądzy, która nie tylko ciągnie go ku płci przeciwnej, ale i innym powabom tego „diabelskiego świata” – władzy, pieniądzu, sławie… Dlatego — radzi a Kempis — “zacznij mężnie i przyłóż siekierę do korzenia; musisz wyrwać i zniszczyć nadmierną miłość własną i nieumiarkowane przywiązanie do każdego osobistego, ziemskiego dobra” (tamże, s. 271). Idealny nihilista i abnegat “stara się zupełnie sobie obumrzeć i całkowicie siebie się zaprzeć” (tamże). Musi być trupem dla świata i swych żądz. Trupem okaleczonym, wykastrowanym z nadmiernej miłości własnej i egoizmu. Musi się wyrzec siebie samego – przestać być sobą; nie mieć ziemskich upodobań. W przeciwnym wypadku — nie przyjmie „łaski Bożej”. Ideałem ewangelicznym jest więc ten, co się “otrzebił dla królestwa niebieskiego” (Mt. 19-12). Niewielu jednak zdobyło się na tak radykalny krok; wybrano półśrodki, m.in. obrzydzono sobie płeć przeciwną — przedstawiono jako “worek pełen ekskrementów” (św. Bernard z Clairvaux).

Rajem na ziemi dla chrześcijańskiego nihilisty jest stan, kiedy “cierpienie staje się słodkim” (por. tamże, II, 12). A Kempis apeluje: “powstań przeciw sobie i nie dopuszczaj ażeby duma w tobie żyć miała; lecz uczyń się tak uległym i małym, ażeby wszyscy po tobie chodzić i jako błoto na rozdrożu deptać cię mogli. (…) Potrzeba koniecznie abyś się przejął prawdziwą wzgardą ku sobie samemu, jeśli chcesz przemóc krew i ciało swoje” (tamże, III, 13). Oto ideał świętości — pełne odwrócenie starożytnego ideału człowieka pięknego i dobrego. Oto — upiorna transformacja starożytnych herosów w św. św. Szymonów Słupników i Doroteuszy; co to się umartwiali bądź to bez przerwy (nawet na fizjologiczne potrzeby!) siedząc na słupie, bądź to łażąc uparcie na czworakach…

Czy etyka takich ideałów, jak wskazane powyżej, nie odbija się ujemnymi skutkami w życiu jednostkowym i społecznym? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by być bezstronnym obserwatorem. Trudne to w narodzie, któremu Kościół katolicki wpaja swe najwyższe wartości jako wartości „narodowe” – „wieczne” i „absolutne”, a więc właściwe i niepodlegające krytyce. Jednak na tych antywartościach i nihilistycznym ideale oparta jest „nasza polska kultura”. Ogół, co tu dużo mówić, zwątpiwszy w jego wartość, nie ma żadnej moralności i etyki. I my jako naród koniec końców nie mamy normalnej etyki społecznej (choć w tym kierunku były robione pewne nieśmiałe próby na początku wieku XX). Ostatecznie bowiem miejsce świeckich etyków zajęli katoliccy duchowni, którzy twierdzą — bez żadnego sprzeciwu — że etyka chrześcijańskich ideałów jest także etyką poszczególnych państw i narodów (sic!).

Czyż nie nadszedł najwyższy czas, by Kościół katolicki na nowo przemyślał swą chrześcijańską tradycję z perspektywy nowego rozumienia rzeczywistości (w tym kierunku zmierza np. Kościół anglikański)? Czy nie czas, by powrócić do etyki z tego świata — dalekiej od nihilizmu i abnegacji chrześcijaństwa — etyki ziemskiej i realistycznej? Dopóki bowiem nie zerwiemy z tą nieziemską głupotą, grozi nam nie tylko recydywa idei Polski jako przedmurza — rozmaitych chrześcijańskich mesjanizmów (Polska Chrystusem, Winkelriedem narodów); absurdalnych myśli o nawracaniu Europy na „prawdziwie chrześcijańską cywilizację”; ale i ciągła degrengolada — „polski” chaos, osobniactwo, anarchia (jakże widoczne są te przywary „polskie” na prawicy katolickiej)…

Cóż też bowiem innego może spotkać naród, który wierzy, że — jak błoto na rozdrożu — im bardziej się daje deptać innym, tym bardziej jest wartościowy?

Share

Etos pogański vs chrześcijański

Na prawicy.net możemy znaleźć artykuł niejakiego Jana Bodakowskiego pt. „Gospodarka i sprawy społeczne w myśli neopogańskiej Zadrugi i jej twórcy Stachniuka”. Artykuł napisany jest z pozycji typowo Polakatolickich, z licznymi błędami i językiem prostym jak budowa cepa (jest to chyba jeden z pierwszych, jak nie pierwszy, tekst autora). Bodakowski odwołuje się tylko do… jednego opracowania[1]; w jego artykule nie ma też ani jednego cytatu z jakiegokolwiek tekstu źródłowego. Odnosi się wrażenie, że część treści tekstu autor sobie wymyślił lub dowolnie zinterpretował. Co więcej Bodakowski, to niemal pewne, nawet nie przeczytał żadnej książki Jana Stachniuka – Stoigniewa w oryginale. A poza tym jest tak nieporadny i zapomina się do tego stopnia, że potyka się o własne nogi i chwyta za miecz, który przecież zawsze jest obosieczny.

W swoim tekście chciałbym się odnieść tylko do jednej tezy autora, wyrażonej w zdaniu, „etos pogański nie przetrwał tysiąca lat konfrontacji z chrześcijaństwem, zwolennicy Stachniuka ignorowali fakty”.

Czy faktycznie etos pogański nie przetrwał konfrontacji z pogaństwem?„Zadruga była środowiskiem — pisze Bodakowski – hołdującym przeświadczeniu że rzekomy etos przed chrześcijański (pisownia oryginalna — przyp. mój — Ermikles) był lepszy od etosu chrześcijańskiego. Utopijność tego przeświadczenia polegała na tym że rzekomy etos pogański był współczesną kreacją, sztucznym tworem. Etos pogański nie przetrwał tysiąca lat konfrontacji z chrześcijaństwem, zwolennicy Stachniuka ignorowali fakty”.

Nielogiczność tego stwierdzenia Bodakowskiego aż bije po oczach. Skoro „etos pogański” Zadrugi był „współczesną kreacją, sztucznym tworem” to w takim razie, jak mógł przez tysiąc lat konfrontować z chrześcijaństwem? Zupełnie opacznie to pojął Bodakowski. Tu chodzi o coś innego. Stachniuk wyraźnie podkreślał, że interesuje go wyłącznie postawa wobec świata dawnych Słowian. W „Drodze rewolucji kulturowej w Polsce” pisał, iż „wątek zerwany jest do nawiązania”, ale „śmieszne jest odnawianie symboliki Swantewita, Swarożyca, itd. Kwestie bałwanów niech zostaną dla bałwanów. Chodzi o żywą więź tego samego stosunku do życia; ta jest wspólna”. Stachniuk nawoływał do rekonstrukcji kultury polskiej opartej na panteizmie ewolucyjnym.

Zastanawiam się ponadto, o jakiej tysiącletniej konfrontacji pisze Bodakowski, skoro w zetknięciu z etosem katolickim, wspartym całą potęgą aparatu przymusu państwowego, etos pogański musiał od razu zejść do podziemia lub całkowicie zginąć (kara śmierci groziła poganom nawet za prywatne wyznawanie wiary!). Nie była to bowiem pokojowa konfrontacja, jakaś dyskusja, pokojowe nawracanie. I bynajmniej nie chodziło tu o Prawdę przez duże P, ale o stosunek sił – gdzie brutalna Siła, a nie Prawda dyktowała swe prawa. Ale czy ten pokaz bogactwa i siły z duchem chrześcijaństwa miał coś wspólnego? Chrześcijańska była tylko ornamentyka.

Zgoda, wierzenia przedchrześcijańskie Słowian, a wcześniej germańskich Sasów, nie przetrwały w konfrontacji z potęgą, jak najbardziej pogańską, bo militarną, ówczesnego cesarstwa i jego wasali. Ale to jeszcze nie świadczy o istotnej wartości i wyższości etosu chrześcijańskiego. Bodakowski chwyta za miecz, który jest bronią obosieczną. I bardzo łatwo można podać przykłady, kiedy etos katolicki, czy też szerzej chrześcijański, przegrał konfrontację z innymi etosami. Etos katolicki na przykład w Anglii nie przetrwał w starciu z etosem rodzimego kościoła – etosem anglikańskim. Idąc dalej tropem tego rozumowania w procesie historycznym aż do stosunkowo bliskich nam czasów Bodakowski musiałby stwierdzić, wbrew swemu całemu chrześcijaństwu, że etos muzułmański był lepszy niż chrześcijański – w Afryce Północnej, Egipcie czy Azji Mniejszej (chrześcijański Konstantynopol przeistoczył się w muzułmański Istanbuł) wygrał konfrontację z chrześcijaństwem. Podobnie – bolszewicki okazał się lepszy niż etos chrześcijańskiej Rosji, bo przecież bolszewicy i komuniści wygrali wojnę domową i przez prawie sto lat rządzili Rosją!

Zresztą Bodakowski decydując się na krytykę Zadrugi powinien przynajmniej znać podstawowy aparat pojęć używanych przez Stachniuka. Pewnie nie słyszał nigdy o „perwersyjnym instrumentalizmie chrześcijaństwa”. Gdyby bowiem słyszał, zrozumiałby, że to, co tak naprawdę zwyciężyło w IV wieku w Europie, w żadnej mierze nie było ewangelicznym chrześcijaństwem. Katolicyzm nie zwyciężył drogą negocjacji i powszechnej zgody. Górę wziął ów „perwersyjny instrumentalizm chrześcijaństwa”. Sam przecież człowiek-Bóg Jezus Chrystus nie pozwolił swoim uczniom użyć miecza w jego obronie. Powiedział, kto „mieczem wojuje, ten od miecza zginie”. Etos miecza nie należy więc do ducha prawdziwego chrześcijaństwa (jest tylko częścią zmanipulowanej tradycji chrześcijańskiej — nie bez udziału kochających miecz Germanów); należy jak najbardziej do etosu pogańskiego. Ale w perwersyjnym instrumentalizmie chrześcijaństwa można pójść aż tak daleko, żeby… święcić miecze i ostrzyć na murach kościołów swe szable – na pohybel poganom rzecz jasna! Nauki Chrystusa, jak widać, nie najwięcej tu znaczą (choć innym razem Joszua-Jezus mówi, że przyniósł miecz – nie pokój, ale chodzi tu o walkę duchową; chrześcijanie nie dysponowali przecież żadną siłą militarną – rekrutowali się spośród najuboższych warstw ówczesnego świata. Jedyne co mieli – to fanatyczna wiara, że naprawdę będą żyć… ale dopiero po śmierci). A pogaństwo jako system naturalnych wartości, praw i działań, który decyduje o zwycięstwie w konfrontacji na tym świecie, jak zawsze zwycięża, i nie tylko zza swego symbolicznego tylko grobu.

Jedno jest pewne, że nawet najbardziej niedorzeczne koncepcje religijne wygrywają w świecie tylko wtedy, kiedy mają za sobą cały aparat państwowego przymusu. Kiedy zawładną niepodzielnie umysłami władcy i władzy politycznej, stają się wtedy naprawdę niebezpieczne. Czym byłoby chrześcijaństwo bez wsparcia Konstantyna i Teodozjusza? Zapewne niczym wielkim i groźnym. A chrześcijanie budziliby dziś tylko naszą drwinę, tak jak wzbudzają ją domokrążni wyznawcy Jehowy, „głoszący Raj na Ziemi po przyjściu Pana, gdzie baranki bezpiecznie będą się pasać obok lwów” (przed chwilą dosłownie złożyli mi wizytę, pukając do mych drzwi, owi głosiciele “raju dla wybranych”). Istna sielanka chrześcijańska, czysta liryka trawienia, jakby powiedział Stachniuk.

W konfrontacji z pogaństwem chrześcijaństwo było słabe, nieporadne, ale zaciekłe w swoim fanatyzmie i w głoszeniu swojej „Prawdy”. Tę zawziętość godną lepszej sprawy widzimy dziś często u mormonów czy świadków Jehowy krążących całymi dniami po ulicach i klatkach schodowych. Daje to nam wyobrażenie o tym, co kiedyś musieli wyprawiać chrześcijanie w głoszeniu „dobrej nowiny”[2]. Co oczywiście nie umniejsza w żadnym stopniu niedorzeczności głoszonych przez nich koncepcji. A co do tej tysiącletniej konfrontacji pogaństwa z chrześcijaństwem. Ks. Michał Poradowski pisał w swoim “Palimpseście”, że pogaństwo wciąż żyje w głębokich pokładach naszej duszy – niczym palimpsest. Tekst, jaki zapisało na naszej duszy chrześcijaństwo, jest coraz mniej czytelny, natomiast spod niego wyłania się pierwotniejszy (zapisywany też przez wielokrotnie dłuższy okres czasu) tekst – pogański – i ten odczytuje się bez trudu… Przyznaje to nawet kapłan chrześcijański. Konfrontacja pomiędzy pogaństwem a chrześcijaństwem wcale to a wcale się nie skończyła! Możemy powiedzieć nawet, że dziś pogaństwo panuje w świecie niemal niepodzielnie. Chrześcijanie zdają sobie sprawę z tego, że żyją z poganami “pod jednym dachem”. Etos pogański zmartwychwstał w Renesansie, po ciemnych wiekach kontrreformacji i po upadku państw katolickich (do których niestety należała i Polska) zmartwychwstał znowu i w naszych czasach. I tylko od nas zależy, jak dalej potoczą się dzieje naszego kraju, kontynentu i świata. Czy będziemy kontynuować idee Renesansu – kultywować wartości antyczne, z tego świata, słowem – pogańskie. Czy też zgnuśniejemy i ugrzęźniemy w kolejnej recydywie kontrreformacji, recydywie saskiej, która znowu przyniesie nam to, co kiedyś – upadek gospodarczy, polityczny, militarny i moralny.

[1] Grott B. „Religia, cywilizacja, rozwój wokół idei Jana Stachniuka”.

[2] 2000 lat jakby nie było nieco zweryfikowało i stępiło ten optymizm chrześcijaństwa; stąd pojawili się nowi głosiciele „dobrych nowin”.

Share

Atena Boginią Polski?

Atena patronką Polski? Dziś patronką Polski jest śmiertelna kobieta, a nie Bogini. Kult jednak Maryi – Miriam, matki żydowskiego reformatora religijnego Jezusa – Jeszuy, nie uczynił jednak z naszego kraju lokalnej choćby potęgi. Wręcz przeciwnie… Zapewne uczynienie Bogini Ateny patronką Polski, wszak z Aten mamy już Demokrację, przyniosłoby naszemu narodowi lepszy byt? Ateny całkowicie podupadły, kiedy chrześcijanie uczynili patronką Aten śmiertelną Żydówkę – matkę Jezusa. Czyżby losy Polski nie były podobne? Wraz ze zwycięstwem katolicyzmu jako religii panującej nasz kraj zamiast rozwijać się, zaczął podupadać… Apogeum swojego upadku osiągnął w czasach saskich. Dziś mamy recydywę tych czasów… 

Atena

 

 

Więcej o Atenie: http://www.atheneskolan.com/polen/athena.html

Share

Kto może należeć do rodzimej słowiańskiej wiary?

Zgodnie z postanowieniami starszyzny rodowej, zgromadzonej na II Rodowym Słowiańskim wiecu w Kobryniu na Białorusi (7 sierpnia 2004 r.), do rodzimej słowiańskiej wiary należą osoby które:

- genetycznie należą do ludów słowiańskich
- szanują tradycyjne słowiańskie obyczaje
- uznają rodzimowierczy światopogląd
- sławią odwiecznych Słowiańskich Bogów

Do rodzimej słowiańskiej wiary nie należą:

- genetycznie nie są Słowianami
- odrzucają wielobóstwo
- wyznają obce religie, zarówno monoteistyczne jak i politeistyczne
- czczą zmyślonych bogów
- wymyślają albo dokonują obrzędy nie mające żadnego związku z tradycją narodową
- przedstawiają siebie jako wyrazicieli jakichś proroków lub własnych nauk

Ja dodałbym jeszcze tych, co piszą w rodzimych językach, ale za pomocą zapożyczonych od obcych ludów alfabetów. Prawdziwy rodzimowierca powinien być niepiśmienny! Jakże można posługiwać się wynalazkami obcych ludów??? A swoją drogą, gdyby przeprowadzić badania genetyczne naszych rodzimowierców, ciekawych zapewne rzeczy dowiedzieliby się o sobie;)


W tym kontekście naprawdę jestem pełen podziwu dla współczesnych wyznawców greckich Bogów, którym obcy jest podobny szowinizm wyznaniowy bliskich mi niestety tylko genetycznie braci Słowian.

Tak naprawdę to wszyscy czcimy Bogów Olimpu znanych pod różnymi imionami. Na przykład szczególnie mi bliski Hermes-Merkury-Wotan-Odyn-Wołos-Weles narodził się w Arkadii, czy to się podoba słowiańskim rodzimowiercom, czy też nie. Tak mówi mit. Nawet Rzymianie – władcy świata czcili Hermesa pod imieniem Merkurego zgodnie z mityczną, helleńską tradycją. Dlatego pytam, czy to jest obcy Bóg także dla Słowian? Moja wizja politeizmu jest zupełnie inna i bliższa starożytnej tradycji, gdzie wyznawanie Mitry nie wykluczało wyznawania Zeusa-Jowisza, Dionizosa-Bachusa, czy Izydy. To jest właśnie istota POLI(-)TEIZMU! Natomiast to, co proponują nasi rodzimowiercy niestety nie jest zgodne z europejską tradycją tolerancyjnego, jakby nie było, POLIteizmu, czy bardzej po słowiańsku wieloBÓSTWA, bliskie jest natomiast ekskluzywizmowi, monopolowi na PRAWDĘ, wszelkich MONO-teizmów – źródła monowiary, katolicyzmu, komunizmu, faszyzmu i nazizmu. Czyli tego wszystkiego, czego politeista nie może w żadnym wypadku zaakceptować.


Wreszcie jako ludzie XXI wieku – wciąż pamiętający demony z przeszłości naszej Ojczyzny, kontynentu i świata – powinniśmy zwalczać nacjonalizm, szowinizm, rasizm, także wyznaniowy, jak największych wrogów WIELOBÓSTWA bogatego bogactwem całego świata. W tym przecież tkwi jego wielokształtne i wielobarwne piękno! Dlatego tolerancyjna deklaracja Rodzimego Kościoła Polskiego kładąca nacisk na kulturę, a nie na biologiczną przynależność – genetykę (związki między członkami własnego tylko plemienia są, jak wskazuje nauka, źródłem genetycznych chorób!) jest mi zdecydowanie bliższa, m.in dlatego, że o niebo lepsza i bardziej racjonalna.


Tradycja antyczna przekazała nam dwie drogi: drogę Sparty i Rzymu. Sparta odrzucała wszystko, co było obce, przede wszystkim genetycznie; Rzym wchłaniał wszystko, co było dla niego dobre, co potęgowało jego ziemską moc, niczego nie odrzucał. Sparta upadła, bo jej ekskluzywizm uczynił ją słabą… Rzym urósł do światowej potęgi.


I dopiero, kiedy zawładnął Rzymem chrześcijańsko-katolicki monoteizm – Rzym upadł. Odrzucił bowiem to, co było przez wieki dla Rzymu dobre, przyniosło mu nieprzemijającą chwałę i potęgę.
 

Share

Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną!

Bawi mnie to, jak polscy katolicy odwołują się do tego przykazania. Nie wiedzą lub też nie chcą wiedzieć, że jest to przykazanie żywcem wyjęte z żydowskiego dekalogu. Dekalogu, który funkcjonuje od pradawnych czasów, od kiedy żydzi mają swojego boga plemiennego Jahwe (nie użyję słowa bożka, jak lubią to robić wyznawcy wszelkich “objawionych ” religii w stosunku do religii politeistycznych, “pogańskich”). Jahwe jest dziś henoteistycznym bóstwem żydów zaadoptowanym przez chrześcijan jako Bóg Ojciec. A co do obcości, to przecież żydowski bóg jest bogiem dla naszych przodków obcym. To tak jakby w miejsce ojca przyszedł ojczym i zakazał nazywać naszego biologicznego ojca takim określeniem jak “tato”, “ojcze”, i sam uzurpował sobie prawo do tego miana! Tak jest z chrześcijaństwem właśnie, które dla pogan było zupełnie nową, obcą i przybraną – w ramach przymusowego, politycznego prozelityzmu – religią. W Rzymie w IV w., a na ziemiach polskich w wieku X. Nasi przodkowie nie mieli wyboru – odtąd na ojczyma i macochę musimy mówić (ale czy wszyscy?): ojcze i matko. Prawdziwi rodzice zostali zabici i zapomniani (?). Niemal wszelki ślad po nich zaginął. A jeśli ktoś chciałby ich poznać, usłyszy: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną! Inaczej mówiąc – to my jesteśmy twoimi prawdziwymi rodzicami… To ja jestem twoim prawdziwym ojcem od samego początku, od twojego narodzenia! Nie waż się nawet wypowiadać imienia tego “bałwana” i oddawać mu cześć i pokłony!
Ile w tym prawdy? Niech każdy sam sobie rozważy.
 

Share

Ks. Trytek marzy o “wspaniałych czasach”

trytek

Ks. Rafał Trytek znany jest także z niechęci do homoseksualizmu. Dał temu wyraz 26 kwietnia 2008 roku w Krakowie biorąc udział w manifestacji przeciwko zorganizowanemu tego dnia Marszowi Tolerancji. Homoseksualizm nie jest według niego czymś wrodzonym, a homoseksualiści “gwałcą” prawo naturalne[9]. Stwierdził, że: “policja powinna chronić rynek przed marszem pedałów i innych zboczeńców”. Ks. dodał też, że: “jeszcze w średniowieczu ludzi o takich skłonnościach palono na stosach, [...] może powrócimy do tych wspaniałych czasów jeszcze i tych ludzi będzie się palić na stosach”. 

A może dożywamy właśnie takich “wspaniałych czasów” znanych już z przeszłości?

lew

Jak pisze ks. Mariusz Rosik w Tygodniku Katolickim Niedziela “Lwy zjadają kanibalów”:
Żyjący na przełomie drugiego i trzeciego stulecia teolog o zacięciu apologetycznym Tertulian drapieżnym pazurem szarpał oponentów chrześcijaństwa. W dziele „Apologetyk” pisał: „Jeżeli Tyber sięga murów, a Nil nie nawadnia pól, jeżeli niebo jest nieruchome, a ziemia drży, jeżeli panuje głód czy zaraza, rozlega się krzyk: «Chrześcijanie dla lwa!». Co, wszyscy dla jednego lwa?”. Za czasów Tertuliana chrześcijanie oskarżani byli o to, że są kanibalami, bo przecież Chrystus wzywał, by spożywać Jego Ciało. Nazwani byli ateistami, gdyż nie mieli w swych świątyniach posągów bóstw. Oskarżano ich o kazirodztwo, bo mówili, że kochają braci i siostry. A wachlarz kar za te i podobne przestępstwa był nader szeroki. Kamienie lecące na Szczepana, ciała rozpięte na krzyżach po Neronowym pożarze, akcenty zoologiczne w Koloseum czy łatwo palące się stosy — to tylko kilka przykładów z początków chrześcijaństwa. A dziś? Podpalenia chrześcijańskich domów w Sirsapanga w Indiach, zamachy zorganizowane przez hinduistycznych przywódców w Orisie, wprawne maczety w kościele w Pannala na Sri Lance, aresztowania za posiadanie Biblii w Iranie… “
 

Bo kim są chrześcijanie?

„Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza skazany został na śmierć przez prokuratora Poncjusza Pilatusa; a przytłumiony na razie zgubny zabobon znowu wybuchnął, nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy, dokąd wszystko co potworne albo sromotne zewsząd napływa i licznych znajduje zwolenników” — jak pisał Tacyt.

Na początku II w. Tacyt odnotował (Ann. XV 44), że za panowania Tyberiusza założyciel religii chrześcijańskiej został skazany na śmierć przez namiestnika Judei Pontiusa Pilatusa. Dla tego Rzymianina chrześcijanie to wyznawcy odrażającego, przywleczonego ze wschodu, żydowskiego zabobonu (superstitio), których cechuje „nienawiść do rodzaju ludzkiego” (odium humani generis), dlatego należy ich zbijać. Jezus jest dla niego skazanym wyrokiem rzymskiego namiestnika twórcą owego zabobonu.

Trytku, jak widzisz, chrześcijaństwo jest tylko tworem ludzkim i na ziemi istnieje zaledwie 2000 lat. A jeśli mówisz o dawnych, wspaniałych czasach, nie zapominaj, że ty w tych czasach byłbyś skazany na ukrzyżowanie lub pożarcie przez lwa. Dodajmy – zapewne bardziej ludzkiego niż ty sam z tą twoją chorą nienawiścią! Tacyt faktycznie miał rację, pisząc tak o tym żydowskim zabobonie, którego i ty jesteś gorliwym wyznawcą. W tobie skupia się ta prawda, że nic się wyznawcy tego judejskiego zabobonu nie zmienili, bo NIENAWIŚĆ do ludzi innych i inaczej myślących w was pozostała. Dlatego wielce pobożnym będzie zawołanie: “Trytek i jemu podobni dla lwa!”. Ludzie bowiem, którzy domagają się eksterminacji innych, zasługują na podobny los.

 

Share

Jerzego Prokopiuka „HERMES – wysłannik bogów”

 

„Kto chce tego świata wygranej i łaski jego boga Hermesa, ten niech nie mówi „nie” także stracie, albowiem nie ma jednego bez drugiego”.

Walter F. Otto

Nowa książka Jerzego Prokopiuka: „HERMES — wysłannik bogów”

Hermes Prokopiuk

Jaki jest Hermes, jaki jawi się Jerzemu Prokopiukowi — autorowi wydanej niedawno rozprawy pt. „HERMES — wysłannik bogów” (nakładem Wydawnictwa Constanti), który sam będąc jego sługą[1] wobec imienia tego Boga nie może przejść obojętnie? Z pewnością Hermes autora (Jerzy Prokopiuk konsekwentnie posługuje się nie egipskim, choć Thotowi przypisuje pierwszeństwo objawienia się ludzkości, lecz greckim imieniem Boga) jest prawdziwie bosko-helleńskim Hermesem, jakiego znamy z greckich mitów i homeryckiego hymnu. Taki, jakiego podziwiamy patrząc na starożytne rzeźby Praksytelesa i Lizypa i inspirowane nimi ich późniejsze odwzorowania. Nie jest to zoomorficzny Thot – pół Ibis, pół człowiek czy hinduski Ganesza z głową słonia, którego atrybuty, lecz nie boska postać, także odpowiadają Bogu zrodzonemu w Arkadii. Hermes w rozprawie Prokopiuka jest właśnie tym Hermesem, jakiego znamy najlepiej i jaki jest nam najbliższy z racji swej bosko-ludzkiej postaci.

Thot był pierwszy?

Hermes — pisze autor — „objawił się najpierw w starożytnym Egipcie jako bóg Thot, dopiero potem w Azji Mniejszej i w starożytnej Grecji jako Hermes, później w Rzymie jako Merkury, z kolei u Germanów i Skandynawów jako Wotan i Odyn, wreszcie zaś w świecie alchemii jako Merkuriusz” (s. 9). Jest to pogląd dość popularny wśród hermetyków, czczących pamięć mitycznego i wybitnego człowieka, który stał się bogiem, Hermesa Trzykroć Wielkiego — Trismegistosa utożsamianego z Thotem i greckim Hermesem. Niemniej co do zasadności tej chronologii można mieć wątpliwości. Szkoda, że autor nie odwołał się w tym kontekście do znanej rozprawy polskiego filologa i historyka klasycznego prof. Tadeusza Zielińskiego pt. „Hermes Trzykroć — Wielki (Hermes Trismegistos). Studium z cyklu: Współzawodnicy chrześcijaństwa”, choć nawiasem mówiąc zamieścił ją w bibliografii swojej książki i zacytował w innym miejscu (dotyczącym traktatu Poimandres). Profesor Zieliński twierdził mianowicie, iż hermetyzm ma swoje źródło nie w Egipcie, lecz w mitycznym miejscu narodzin syna Zeusa i Mai, tj. Arkadii (tutaj narodziła się pierwotna – hermetyczna kosmogonia i eschatologia). „Sąd ten popiera pośrednio również R. Reitzenstein stwierdzając, że „według poglądu greckiego egipski Hermes przyszedł właśnie z Arkadii”.[2] Zatem Hermes musiał objawić się najpierw w miejscu swoich narodzin, jak mówi mit, tj. w Helladzie, na północno-wschodnim Peloponezie — Arkadii, a nie w Egipcie, gdzie jego kult na dobre dotarł dopiero wraz z aleksandryjską falą hellenizacji (epoka hellenistyczna) i tam też został utożsamiony z egipskim Thotem i Anubisem.

Turms, Merkury, Odyn…

Jerzy Prokopiuk opisuje poszczególne fazy rewelacji Hermesa wśród wielu etnosów i ich kultur. Omawia Thota i Trismegistosa — hellenistycznego, synkretystycznego boga (lub proroka), który w późnej starożytności uchodził za zwiastuna jedynego Boga i stwórcy świata. To właśnie kult Hermesa Trzykroć Wielkiego — podkreśla autor – dał początek nurtowi ezoterycznemu, religijnemu i filozoficznemu, zwanemu hermetyzmem. Szczególną popularność ów hermetyzm przeżywał w dobie odrodzenia wartości antycznych w XVI-XVII w. w związku z przetłumaczeniem na łacinę Corpus Hermeticum przez Marsilia Ficina. Nigdy jednak nie stał się masowym ruchem religijnym, jak chrześcijaństwo rozmaitych obrządków.

Odpowiednikiem czy „reinkarnacją” Hermesa był w Italii etruski Turms — bóg funkcjonujący jako psychopompos, czyli odprowadzający dusze zmarłych w zaświaty, oraz rzymski — Merkury. Natomiast w Skandynawii i u Germanów odpowiednikiem Hermesa był Odyn (Wotan).

Jerzy Prokopiuk nie pomija milczeniem także Merkuriusza — patrona alchemii, Antychrysta, „ciemnego brata Chrystusa” — „naturze zbuntowanej przeciwko duchowi” — któremu swoją specjalną rozprawę zatytułowaną „Duch Merkuriusz” poświęcił ojciec psychologii archetypów C. G. Jung.

Homo hermeticus i jego przemiana

A jaki jest ów człowiek hermesowy — homo hermeticus? Prokopiuk twierdzi, iż w każdej inaminacji Hermesa naczelną jego cechą jest pośredniczenie. Nie jest to bóg wojny, jak Ares-Mars, a więc Wojownik, ale bóg pokoju, negocjacji – Pośrednik. „Jako jestestwo — pisze autor — paradoksalnie jest zarazem jednią, dwójnią i trójcą, jak również wielością. Pojawia się także — w symbolowej wieloznaczności — już jako bóg, już to jako diabeł czy demon, a również jako trickster (szelma). Wreszcie, łączy w sobie charakter transcendentny z immanentnym: jest duchem w naturze” (s. 42).

Ostatni rozdział książki „Hermes — wysłannik bogów” Jerzy Prokopiuk poświęcił opisaniu przemianie duchowej człowieka hermesowego. „Misja — przeznaczenie (i los) — twierdzi autor — bohatera hermesowego — zresztą jak każdego bohatera — to przygoda zwana procesem indywiduacji. (…) Dla samego bohatera tego procesu jego przygoda oznacza płytszą lub głębszą transformację jego indywidualności i osobowości” (s. 48-49). Nagrodą czekającą u kresu tej ścieżki jest, jak twierdzi Prokopiuk– „redeifikacja lub deifikacja człowieka — boskie nadczłowieczeństwo za życia i nieśmiertelność po tzw. śmierci. („Eliksir wypity ze źródła młodości”, w „raju Hermesa”). Jednakże apoteoza człowieka hermesowego nie jest ostatecznym kresem drogi inicjacyjnej” (s. 54) — dodaje. Człowiek taki musi bowiem powrócić „z wieczności w czas: ze świata boskiego do ludzi” (tamże).

Rozważania takie są na pewno krzepiące (redeifikacja czy deifikacja); któż bowiem ze śmiertelników, nawet tych najpotężniejszych, mógłby być szczęśliwszy od pammegistos, czyli największego Hermesa? Lecz, co tu dużo mówić, metafizyka taka z wielką trudnością trafia do (samo)świadomości racjonalnego sceptyka. Sceptyk ów bowiem doskonale zdaje sobie sprawę z marności ludzkiego losu, nieobcej także władcom tego świata, trapionego chorobami, starością i śmiercią, w niczym nie przypominającego pełnego chwały życia wiecznie młodego (neos) i nieśmiertelnego (athanatos) Boga-Hermesa.

Niemniej „HERMES – wysłannik bogów” Jerzego Prokopiuka jest rozprawą niezwykłą, choćby z racji tego, że napisaną z prawdziwą pasją „człowieka hermesowego”. Co prawda autor ma swoje przekonania i wierzenia, dla niektórych z pewnością dość osobliwe, lecz nie narzuca ich innym.

Książka to z pewnością nie dla wszystkich, tak jak nie dla większości — a tylko dla wybranych — są dary Hermesa.

Wojciech Rudny

[1] W jednym z wywiadów Jerzy Prokopiuk określił siebie jako „sługa Hermesa”. Jerzy Prokopiuk to znany religioznawca, filozof, psycholog, gnostyk, antropozof ; tłumacz i popularyzator literatury humanistycznej; autor wielu esejów – publikowanych w pismach naukowych i prasie kulturalnej. Od lat sześćdziesiątych prowadzi też działalność odczytową. Twórca i redaktor naczelny Gnosis.
[2] Roman Bugaj, Hermetyzm, Ossolioneum 1991, s. 14.
Pomijając jednak kwestię, kto był pierwszy Thot czy Hermes i czy alchemia utrzymuje przy życiu ducha hermesowego, sam za Ginette Paris mógłbym powiedzieć, iż „wiem, że wolę Hermesa Złodzieja, Trickstera (Przecherę), Przewodnika Dusz i Boga Komunikacji niż Po Trzykroć Wielkiego Hermesa”. Hermesa takiego, jakim był on wedle wyobrażeń starożytnych Pelazgów — arkadyjskich autochtonów — i Hellenów. Zob. Ginette Paris, Pagan Grace. Dionysos, Hermes, and Goddess Memory in Daily Life, Spring Publications, INC, Putnam, Connecticut, 2006, s. s. 115.
 

Share

Modlitwa do Hermesa

 

Hermes

Wspieraj mnie i dziś boski heroldzie!
Nie żądam kolejnych darów, lecz jeśli będą, przyjmę je z wielką radością.
Jak dotąd.
Wciąż wdzięczny jestem za Twe nieustające wsparcie w czasie mej ziemskiej wędrówki.
Przyznaję, że ostatnio obdarzasz mnie niespodziewanymi darami.
Cuda dzieją się, a Ty się uśmiechasz.
Mogę zobaczyć ten uśmiech we śnie lub na jawie,
kiedy swą magiczną laską rozbudzasz wyobraźnię mego śniącego ciała.
Wtedy tylko dzieją się rzeczy niemożliwe, lecz tak realne.
Daj mi i dziś dar przekonywania, boskiej elokwencji, która przybliża mnie do mych celów.
Wiem, że dzięki Tobie pracuję, ile chcę, i mam to, czego chcę.
Dlatego pozwól mi boski darczyńco rozkoszować się też czasem wolnym od codziennej mej pracy.
Support me and today divine herald!
I do not demand next gifts, but if they will be, I will accept it with great joy.
So far .
Continually grateful I am for Your continuously support in time my earthly wanders.
I grant, that you bestow me unexpected gifts recently.
Wonders happen, and You smile.
I can see in dream and daydream this smile,
when you arouse your magic wand imagination in my dreaming body.
Impossible things happen then only, but so real.
Give me and today the gift of convincing, divine eloquence, which brings closer me to my aims.
I know, that I work thanks You, loam I want, and I have this, what I want.
Therefore permit me divine donor to delight from everyday my work with free time also.
 

Share