Ermikles odszedł

Ermikles

Z miesięcznym opóźnieniem dotarła do nas ta smutna wieść. Oto Ermikles, nasz brat w wierze, towarzysz walki, bezkompromisowy i odważny myślą pisarz zakończył swą ziemską wędrówkę, i pod opieką umiłowanego przez siebie Hermesa udał się do cienistych krain. Miejmy nadzieję, że Bogowie Olimpu obdarzą swego pierwszego chyba przybyłego z kraju Polan czciciela odpoczynkiem na elizejskich polach. Nam zaś zostaje obowiązek zachowania w pamięci jego i jego tekstów. 

Z przykrością informuję, że w dniu 14 października zmarł w wieku zaledwie 41 lat Wojciech Rudny, mieszkaniec Kielc, jeden z najpłodniejszych publicystów Racjonalisty. Z wykształcenia pedagog i historyk. Wydawca i niezależny publicysta.
  Doszło do zatrzymania akcji serca w wyniku ostrego zapalenia mięśnia sercowego. Pomimo reanimacji niestety nie odzyskał już przytomności. 2 tygodnie leżał w szpitalu wspomagany oddechowo jak i krążeniowo. Odszedł za wcześnie nie dokończywszy wielu ważnych dla niego spraw. (informacja za serwisem racjonalista

 

 


Jego blog osobisty

http://epafroditos.blogspot.com/

W serwisie pantheion
Wybrane teksty z serwisu racjonalista

Pełna lista

 

Share

O fałszywych religiach i fałszywym konserwatyzmie Jacka Bartyzela

Jacek Bartyzel to znany konserwatysta. I dzięki takim jak on konserwatyzm kojarzy się niestety ze skrajnym obskurantyzmem i moheryzmem. Ostatnio udzielił wywiadu dla ?Rzeczpospolitej? (aż dziw, że traktują go tam tak poważnie). Wywiad ten daje nam pewne wyobrażenie o tym, w świecie jakich idei żyje sobie pan Jacek. Według niego Salman Rushdi, autor słynnych ?Szatańskich wersetów?, w swoich książkach nie uprawia krytyki religii, ale ją lży. Co prawda wg Bartyzela ?rzecz dotyczy religii fałszywej, ale w tej sprawie chrześcijanie mogą zazdrościć muzułmanom, gdyż oni potrafią bronić tego, co uważają za prawdę?. Chrześcijanie oczywiście mogą zazdrościć muzułmanom, że ci w imię swej ?fałszywej religii?, jak ją określa Bartyzel, nie tylko grożą śmiercią, ale nawet wykonują wyroki śmierci! ?Chrześcijaństwo też potrafiło bronić się w ten sposób ? uświadamia czytelników Bartyzel. W przeszłości niejeden bluźnierca, albo przynajmniej jego dzieło, spłonął na stosie?. Bartyzel żałuje jednak, że ?religia katolicka została wypchnięta ze sfery publicznej i jest uważana za rzecz prywatną, więc nie ma już takiej możliwości (tj. palenia pogan i heretyków, tudzież homoseksualistów ? przyp. mój Ermikles)?.

Bartyzel w ciasnocie swojego umysłu nie zauważa nawet, że jest takim samym konserwatystą, jakimi byli do niedawna byli prominenci ZSRR i Polski Ludowej. Określano ich jako beton partyjny ? twardogłowi konserwatyści. Bartyzel jest też tego typu pseudokonserwatystą ? konserwuje bowiem nie naturalny porządek, ale rewolucję judeochrześcijańską, która ów naturalny porządek w Europie wywróciła do góry nogami. Naturalnie konserwatyzm Bartyzela nie wykracza przed rok 380, kiedy to katolicyzm stał się religią panującą w Imperium Rzymskim. Dziwny to zatem konserwatyzm. Pan Jacek nie chce wiedzieć, że dla Rzymian wiernych Tradycji to właśnie katolicyzm, i chrześcijaństwo w ogóle (nawet w wersji Ariusza), był religią fałszywą. I co tu dużo mówić – żydowskim zabobonem. Bo kim dla Rzymian byli pierwsi chrześcijanie? ?Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza skazany został na śmierć przez prokuratora Poncjusza Pilatusa; a przytłumiony na razie zgubny zabobon znowu wybuchnął, nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy, dokąd wszystko co potworne albo sromotne zewsząd napływa i licznych znajduje zwolenników? ? pisał Tacyt. Na początku II w. Tacyt odnotował (Ann. XV 44), że za panowania Tyberiusza założyciel religii chrześcijańskiej został skazany na śmierć przez namiestnika Judei Pontiusa Pilatusa. Dla tego Rzymianina chrześcijanie to wyznawcy odrażającego, przywleczonego ze wschodu, żydowskiego zabobonu (superstitio), których cechuje ?nienawiść do rodzaju ludzkiego? (odium humani generis), dlatego należy ich zbijać. Jezus jest dla niego skazanym wyrokiem rzymskiego namiestnika twórcą owego zabobonu.

Jeśli więc ów ?konserwatysta? Bartyzel mówi o dawnych czasach, niech nie zapomina, że i on w tych czasach byłby skazany na ukrzyżowanie lub pożarcie przez lwa za odium humani generis i nieposłuszeństwo autorytetowi władzy (taki to z niego pożałuj się Boże konserwatysta!).

Zachodni świat starożytny ? zanim pojawiło się chrześcijaństwo ze swoimi obcymi Europie bliskowschodnimi ideami i wiarą w jednego tylko Boga ? hołdował pięknej idei senatu i ludu rzymskiego: Deorum offensae Diis curae (Niech sami Bogowie troszczą się o obelgi wyrządzone Bogom). Świadczyło to o głębokiej wierze w boski porządek, boską sprawiedliwość (łac. iustitia, grec. dike), potęgę i autorytet Bogów, których przecież nie może znieważyć jakikolwiek śmiertelnik w swojej bezmiernej chyba tylko głupocie. Kim bowiem wobec Nieśmiertelnych Bogów jest człowiek? To tylko przecież proch po śmierci na wietrze rozsypany… Jakiemu więc Bogu mógłby zaszkodzić najpotężniejszy nawet człowiek? Czy jest taki Bóg? Cóż, kiedy tej wspaniałej, olimpijskiej idei nie mogli już dostrzec, bo była dla nich chyba za wysoko, a tym bardziej pomieścić w swoich ciasnych umysłach, zarówno judeochrześcijanie, jak i muzułmanie.

Share

Zdobycze nauki – jej przyjaciele i wrogowie

Współczesny człowiek zazwyczaj nie wierzy już w ingerencję Bogów w życie ludzi. Nauka wyjaśnia dziś zjawiska, które niegdyś przypisywane były bóstwom. O ile niegdyś nasi przodkowie wierzyli, że Słońce jest żywym Bogiem, to dziś wiemy, że Słońce jest częścią natury całkowicie obojętnej na nasze czyny; natury działającej według – pozbawionych boskich i ludzkich uczuć – uniwersalnych praw fizyki.

Dzięki nauce wiemy, co spowodowało trzęsienie ziemi na Haiti, a w jego następstwie katastrofę humanitarną: ruchy tektoniczne – uderzenie i rozkruszanie się Płyty Karaibskiej w zderzeniu z Płytą Północnoamerykańską. Nie była to ingerencja żadnego osobowego Boga, ale działanie sił natury. Pomimo rozwoju nauki współcześni chrześcijanie wciąż jednak dają wiarę tym, którzy twierdzą, że każde takie wydarzenie, jak na Haiti, jest karą Bożą za ludzkie grzechy. Ludzie bowiem zawsze poszukują głębszego znaczenia w przyrodniczych, ślepych, naturalnych zdarzeniach (nie inaczej było niegdyś i z naszymi pogańskimi przodkami). Tacy ludzie wmawiają sobie i innym, że Boga interesuje np. nasze życie seksualne.

W naszym kręgu kulturowo-cywilizacyjnym ludzie wierzący w boski prowidencjalizm są tradycyjnymi chrześcijanami – chrześcijanami w pełnym tego słowa znaczeniu – którzy odrzucają zdobycze nauki i pozostają wierni jedynie Tradycji i Biblii. Dlatego np. całkowicie odrzucają teorię ewolucji (wg nich świat powstał ok. 6000 lat temu i został stworzony przez Pana Boga w sześć dni…). Tacy chrześcijanie w ogóle nie przyjmują do wiadomości zdobyczy nauki, która jasno opisuje historię Ziemi i wszechświata. Kiedy bowiem nauka przeczy biblii, tym gorzej nie dla „prawdy biblijnej”, ale dla nauki!

Dlatego dla takich chrześcijan indonezyjskie tsunami zawsze będzie karą za lekkie obyczaje w barach dla turystów; podobnie z epiedemią AIDS — karą za rozwiązłość i homoseksualizm; huragan Katrina pozostanie boską zemstą na mieście Nowy Orlean za… ukrywanie lesbijskiej artystki komediowej. Każdy bez wyjątku kataklizm jest – w przekonaniu ludzi wierzących w ingerencję Boga na Ziemi – zapłatą za ludzkie grzechy.

Jeśli chodzi o mnie, to w przeciwieństwie do chrześcijan odrzucam wiarę w ingerencję Boga czy Bogów w nasze sprawy. Nie winię ich oraz innych ludzi za trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, powodzie i inne kataklizmy. Wiem, że są one dziełem natury — całkowicie obojętnej na moje i innych postępki oraz obyczaje. W przeciwieństwie do chrześcijan wierzę w człowieka — człowieka rozświetlającego mroki Wielkiej Tajemnicy; wierzę w wiele dróg prowadzących do poznania Wielkiego Sekretu; wierzę w naukę. Natomiast Bogowie moich przodków są dla mnie odwiecznymi archetypami, natchnieniem i inspiracją, ale – tak jak i ich duchy, które odeszły wraz z ich ciałami – nie mogą działać inaczej niż przeze mnie. Uważam, że ziemskie katastrofy są dla nas wyzwaniem i próbą naszych zdolności, odwagi, przedsiębiorczości, hartu ducha i męstwa. Czy im sprostamy, zależy tylko od nas samych. Nie uważam, żeby jakiś Bóg miał karać ludzi za ich grzechy. Już u Homera, czyli na ok. 800-700 lat przed narodzinami Chrystusa, czytamy, że za wszystkie swoje nieszczęścia ludzie zawsze winią Nieśmiertelnych Bogów, tymczasem sami ludzie przez swą własną głupotę są sprawcami swoich nieszczęść. Warto, żeby i chrześcijanie przyswoili sobie tę prawdę, zamiast winić za wszystkie ziemskie nieszczęścia innych ludzi i ich grzechy, które jakoby ściągają gniew Boga Najwyższego na całą ludzkość.

Share

Granat w usta – i po sprawie, czyli o czym marzą polscy chrześcijanie

W ostatniej „Opcji na prawo” niejaki Łukasz Adamski przypuścił atak na „wymalowaną lalę”, „pajaca w białej maseczce na pysku”, „prostaczka w białej maseczce”; a więc wypisz, wymaluj: Adama Darskiego vel Nergala. Już sam zestaw tych niewybrednych inwektyw, chciałoby się powiedzieć prostackich, świadczy o bardzo emocjonalnej postawie Adamskiego.

Adamskiemu nie podoba się, kiedy Darski — Nergal mówi:

„Jesteśmy wyznawcami człowieka. Brzmi arogancko, ale takie są fakty. Poprzez naszą twórczość chcemy zaznaczyć naszą odrębność, suwerenność. Każdy jest wyjątkowy i ma potencjał równy boskiemu”. Kolejna wypowiedź Nergala nie mniej drażni Adamskiego: „Skończyłem historię i wiem, że największe zło, jakie przydarzyło się człowiekowi na przestrzeni ostatnich dwóch tysięcy lat, zostało spowodowane przez ludzi umotywowanych religijnie. Najczęściej dokonywali oni tego zła w imię krzyża”. Adamski, nawykiem wszystkich religiantów, na drugiej szali wagi, która miałaby przeważyć ciężar zbrodni popełnianych przez ludzi owładniętych religijnymi zabobonami przez ostatnie 2000 lat, stawia Hitlera i Stalina — jakoby „wytwory ateistycznej dyktatury”. Co do Hitlera to nie ma najmniejszej wątpliwości, że do końca życia pozostał wierny… Kościołowi katolickiemu; a Stalin w młodości miał zostać nawet duchownym chrześcijańskim

Trzeci passus z Darskiego także rozzłościł Adamskiego:

„Jednym z głównych zarzutów, które stawiam każdej religii, jest to, że wprowadzają dla wszystkich jednakowe rozgraniczenia między tym, co grzeszne, zabronione, a tym, co dozwolone, tym, co czarne, a tym, co białe. Wszyscy ludzie są zmierzeni jedną miarą, a przecież każdy człowiek jest inny, ma inne potrzeby. Taka postawa nie różni się niczym od systemów totalitarnych”. Prawicowy krytyk Nergala uważa, że Darski „nie widzi różnicy między dyktatorem, który terroryzuje naród trzymając mu przy skroni giwerę, a krajem taki jak nasz, gdzie nikt nie zabrania nikomu oglądania pornosów i chodzenia do sex shopów. Ba, nawet nie trzeba pod przymusem chodzić do kościoła i wolno wydawać antyklerykalne gazetki!”.

Tak, mamy dużą wolność. Bo przecież nikt nam nie zabrania oglądać pornosów i do kościoła nie musimy chodzić; co więcej – wolno nam wydawać antyklerykalne gazetki.

Ale Adamskiemu to się raczej nie podoba. Nie popiera jednak posłów PiS-u, którzy obudzili się po trzech latach, i zdecydowali się złożyć zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przez Nergala przestępstwa (za podarcie biblii na koncercie), bo w ten sposób Nergal zostanie „męczennikiem” — polskim Larry Flyntem. Nie wierzy, żeby „wyroki sądowe spowodowały, że jakaś ideologia zniknęła a jej wyznawcy zmienili poglądy. Jest na odwrót! Pozwy sądowe nie zlikwidują pseudo-sztuki Nieznalskiej czy okładek z Matką Jezusa w masce gazowej”.

“Nergal jest w moim przekonaniu chamem i prostakiem — pisze Adamski. Gdybym go spotkał dałbym mu w ten wymalowany pysk. Tak kiedyś postępowali mężczyźni, chociaż patrząc na wymalowaną facjatę tego gościa nie wiem czy dałbym mu buzi czy po buzi. Oczywiście danie mu w pysk nie jest szlachetnym rozwiązaniem. Przemoc wobec bliźniego nie leży zresztą w naturze chrześcijanina. Możemy jednak Nergalowi dać w pysk pokojowymi metodami. Nergal jest tchórzem, który nigdy by nie podarł Koranu ani Tory. Muzułmanie szybko by go spacyfikowali i wsadzili, jak stwierdził Wojciech Cejrowski, granat w usta. Nie wierzę, że ta wymalowana lala odważyłaby się również na zadzieranie ze znakomicie zorganizowanymi środowiskami żydowskimi. Łatwo jest pluć na chrześcijan i robienie tego jest przykładem skrajnego tchórzostwa. Musimy głośno protestować przeciwko obrażaniu świętych dla nas rzeczy. Należy to robić jednak włożyć w to więcej wysiłku niż złożenie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Istotną rzecz poruszył w TVP Info Wojciech Cejrowski, który zapytał gdzie w 2007 roku, gdy Nergal spalił Biblię, podział się ordynariusz miejsca, który ekskomunikowałby lidera Behemotha? Gdzie byli protestanci, dla których Bibilia jest również ważna jak dla katolików? Gdzie byli Żydzi, których Tora została zbeszczeszczona? Ja się pytam dlaczego chrześcijanie nie napiętnowali Nergala przez te 3 ostatnie lata? Dlaczego nie protestujemy na widok Nergala w mainstreamowych mediach? Dlaczego nie domagamy się przeprosin, nękając go i wyśmiewając na każdym kroku? Dlaczego nie wzywamy do bojkotu jego płyt i koncertów? Dlaczego nie obrażamy jego uczuć religijnych, tak jak on obraża nasze? Przytoczyłem powyżej przykład zachowania Grzegorza Kasjaniuka, który zbojkotował Behemotha na imprezie muzycznej jako wzorcowy dla chrześcijanina. Każdy, kto wierzy w Chrystusa i jego naukę ma obowiązek bojkotować i wytykać palcem nowego chłopaka Dody Elektrody”. Na koniec Adamski zdobywa się na prawdziwe wyznanie: „zamiast domagać się wyroku sądowego, który zrobi z Nergala męczennika, powinniśmy wziąć się w garść i bronić swojej wiary jak muzułmanie czy wyznawcy judaizmu!”. Czyli ni mniej, ni więcej tylko – granat w usta – i po sprawie, drodzy bracia chrześcijanie!

Jak widać żadna “prawdziwa religia” – “religia miłości” bez użycia siły sama się nie obroni. Tak było m.in. w Rzymie w IV wieku; Polsce w X. Trzeba było użyć przymusu i siły całego aparatu państwa, jego doczesnej potęgi, żeby zmusić ludzi do porzucenia wiary przodków, oraz ich cywilizacji i kultury, i do wyznawania całkiem nowych, obcych (żydowskich) i niedorzecznych poglądów religijnych – nie z tego świata.

Share

Nieustający triumf mitologii żydowskiej

Wciąż żyjemy w kręgu żydowskiej mitologii. Od najmłodszych lat słuchamy baśni o Adamie i Ewie oraz „drzewie poznania”; wiecznym przeciwniku Boga Ojca i człowieka, czyli Szatanie i jego demonach; o dobrych demonach, czyli aniołach; o Kainie i Ablu; arce Noego; narodzie wybranym przez Boga (jakby żydowski Bóg Ojciec, Jahwe, był zwolennikiem jakiegoś rasizmu i apartheidu pomiędzy ludźmi – z podziałem na wiernych i niewiernych).

Żydowska mitologia i święte pisma żydowskie tak zdominowały nasze życie, że zyskały sobie rację bytu jako mityczna, co prawda, ale jednak rzeczywistość. Dlatego inteligentny i wykształcony człowiek zwykle wierzy w bajkę o fatalnym trójkącie, tj. o Adamie, Ewie i Szatanie – jakby była to prawda, tyle że bardzo odległa w czasie. Ba, ta bajka jest podstawą, fundamentem wierzeń, całych systemów religijnych rozmaitych sekt i kościołów chrześcijańskich (każda sekta to taki nierozrośnięty jeszcze kościół)! Do tych fundamentalnych bajek są dopowiadane kolejne bajki… Tak też powstały i wciąż się tworzą nowe religie oparte na „świętych księgach żydowskich” — Starym i Nowym Testamencie. Wyznawcy tych systemów religijnych święcie wierzą, że Biblia jest… dziełem Boga, że świat czasowo tylko znajduje się pod władzą przeciwnika Pana Boga — Szatana i nadejdzie w końcu czas panowania Boga — Królestwo Boże na Ziemi. Stąd też wszelka dyskusja nad prawdziwością Biblii wydaje się nie na miejscu. Bo jakżesz można poddawać w wątpliwość słowo samego Pana Boga? Tylko Szatan, czy jakiś inny zły demon, mógłby wpaść na taki pomysł!

Pozorna tylko słabość politeizmu bierze się stąd, że politeizm nie ma żadnej księgi świętej, podyktowanej przez Boga samego, czy jego anioła, jakiemuś „wybranemu” przez tegoż Pana Boga Ziemianinowi z “ludu (także) wybranego”. Religia politeistyczna jest bowiem religią Natury. Nigdy nie stawia się w opozycji do naturalnych skłonności i popędów ludzkich, nie uważa ich bowiem za “pokusy szatańskie”, “pokusy Złego”, ale za dobrodziejstwo – dar Bogów i Natury. Nie zna też pojęcia grzechu pierworodnego, co najwyżej mówi o ludzkiej bucie i głupocie, które prowadzą do nieszczęść na tym świecie. Obcy też jej jest szowinizm gatunkowy charakterystyczny dla „religii księgi”. Stąd też nieśmiertelną duszę wedle tzw. religii objawionych mają tylko ludzie – homo sapiens, ale już nie inne hominidy (np. neandertalczycy, którzy żyli na Ziemi ok. 200 000 lat i wyginęli ok. 24 500 lat temu), tym bardziej inne zwierzęta (np. szympanse, które mają z nami wspólne aż 98% genotypu. Wyznawcom „prawdziwych religii” wystarczy zaledwie 2% innych genów od naszych, żeby takiemu ssakowi odmówić już jakiejkolwiek duszy, a nawet biologicznego pokrewieństwa z nami !). Dlatego też nasza nacechowana biblijnym antropocentryzmem cywilizacja – nawet w wersji laickiej – zbudowana jednak na fundamencie biblijnych mitów i wartości, wpoiła w nas swoisty szowinizm gatunkowy. I jest on tak „wszechobejmujący — jak zauważył angielski biolog Ryszard Dawkins — że aborcja jednej ludzkiej zygoty (których większość i tak ulega spontanicznemu poronieniu) wzbudza więcej niepokoju moralnego i oburzenia niż wiwisekcja dowolnie dużej liczby dorosłych i inteligentnych szympansów!”.

Podczas gdy żydowska mitologia święci triumfy, dominuje niemal na całym świecie: czyta się ją w kościołach i wykłada w zborach; opiera się na niej całe systemy etyczne, a nawet obyczaje seksualne (ponoć Jahwe brzydzi się homoseksualizmem, jak mówi biblia. Ciekawe tylko, że jako Stwórca życia na Ziemi dopuścił w ogóle istnienie w naturze takich homoseksualnych – bo i genetycznie zaprogramowanych – osobników, zarówno wśród ludzi jak i zwierząt. Stwórca z żydowskiego mitu, jak widać, brzydzi się tym, co sam w końcu stworzył). Mity religii politeistycznych — naszych europejskich przodków — zostały sprowadzone wyłącznie do świata bajki i baśni. Nikt już ich bowiem na poważnie nie interpretuje, nie bada z podobnie nabożnym szacunkiem, jak mity i bajki judeochrześcijańskie. Europejska teologia politeistyczna jest tylko reliktem “bajecznej i mitycznej przeszłości”, przetrwała co prawda tu i ówdzie, ale w szczątkowej tylko postaci, np. w pismach teologicznych Proklosa. W najlepsze za to rozkwita teologia oparta na “naukach biblijnych”, tj. mitach i baśniach Starego i Nowego Testamentu.

Choć mity religii naszych przodków tlą się jeszcze w podświadomości i świadomości przeciętnego Europejczyka, nikt jednak po „pogańsku”; nie twierdzi, że na początku nie było żadnego boga, ale chaos (co okazuje się być bliższe prawdy naukowej niż owa „prawda biblijna”). Przeciętny zjudaizowany Europejczyk, Amerykanin czy Australijczyk wierzy jednak głęboko, że na początku był Pan Bóg, Jahwe, co w sześć dni stworzył świat, a potem raj dla Adama i Ewy, którzy dopiero za sprawą zbuntowanego anioła — Szatana — popadli w „śmiertelny grzech pierworodny”. W micie o Adamie i Ewie, jabłku i Szatanie w postaci węża, wciąż triumfuje mitologia żydowska, która na 2000 lat zdominowała nie tylko naszą rodzimą mitologię, ale i religię, system etyczny, moralność i obyczaje. Wedle tej żydowskiej mitologii świat znajduje się wciąż pod panowaniem Szatana, jego rozmaitych struktur, złych ludzi i demonów. (Nawet i ja, choć w Szatana w ogóle nie wierzę — jest on bowiem postacią nie z mojej bajki — jestem podobno, choć sam o tym nie wiem, pod jego wpływem!). Dlatego też wyznawcy “prawdziwej religii” są tylko gośćmi na tym świecie, nie przywiązują większej wagi do rzeczy przemijających (bo przecież “wszystko to marność nad marnościami”), a prawdziwe życie, “wieczne”, zaczyna się dla nich dopiero… po śmierci – w królestwie Pana Boga, jego aniołów i świętych.

Świat naszej cywilizacji – zakorzenionej w przedchrześcijańskiej Grecji i Rzymie – można jednak wyzwolić spod wątpliwego uroku żydowskiej mitologii i biblijnego szowinizmu – w jeden bardzo prosty sposób: oddać Żydom, co żydowskie — oczywiście z żydowskim Jehową i Szatanem na czele; jednocześnie powracając do własnego, tj. europejskiego dziedzictwa duchowego, cywilizacyjnego i kulturowego. Chodzi przecież o tę samą postawę wobec bytu, jaka charakteryzowała naszych przodków przed ich niemal całkowitym zjudaizowaniem (w wersji zreformowanego judaizmu – szczegółowo opracowanego przez ex-faryzeusza Szawła – tj. chrześcijaństwa, dla nie-Żydów, tj. pogan, nawet sam “jedyny i prawdziwy” Pan Bóg wciela się w Żyda, do tego wciąż jest “Bogiem Izraela – Bogiem zazdrosnym”… Dlatego oddawanie czci innym Bogom – nawet Bogom swoich własnych przodków, a nawet nim samym – odbiera jak największy grzech, bałwochwalstwo, bluźnierstwo i zbrodnię). Ta postawa przejawia się w wierze w moc rozumu myślącego ssaka — homo sapiens — człowieka. Ciągłego — aż po kres ziemskiego istnienia – stawania się kimś lepszym, większym, mądrzejszym niż dotąd — nie tylko dwa tysiące lat temu — ale i wczoraj. To wiara w człowieka gromadzącego mądrość pokoleń ludzkich — zdobywającego świat i kosmos, także wewnątrz siebie. Taka postawa przejawia się w ciągłym dążeniu do ziemskiej nieśmiertelności, w pamięci przyszłych pokoleń, a nie nieśmiertelności w zaświatach czy po śmierci (to jest sprawa drugorzędna). Jest pełną powagi odpowiedzialnością za swoje czyny, które mają zawsze swoje konsekwencje na tym świecie. Jest wiecznym dążeniem do nieśmiertelnej doskonałości w rozmaitych aspektach, reprezentowanej przez Boginie i Bogów. Sam nie wierzę w rzeczywistą wartość kształtowania ludzi według religijnego strychulca ubogich archetypicznie monoteizmów. Tutaj bowiem króluje tylko jeden „zazdrosny Bóg” i jeden tylko archetyp! W przeciwieństwie do fundamentalistycznego monoteizmu rodem z tropiku, współczesna religia świecka, odwołująca się do dziedzictwa duchowego i kulturowego Europy, jest przejawem całego bogactwa ludzkich archetypów, reprezentowanych przez liczne Boginie i Bogów. Tylko w zgodzie z nimi możemy w pełni rozwijać swój ludzki potencjał, jak twierdzą psychologowie ze szkoły Junga (np. Jean Shinoda Bolen). Taka wiara nie może też kojarzyć się z tym, co było, ale z tym, co może dopiero nadejść. Nie jest skansenem, ale laboratorium doświadczalnym. Dlatego jest żywa, pozbawiona dogmatyzmu i talmudyzmu, „kuranicznych” bajań o zaświatach, kompensujących doczesne niedomagania i niedostatki. Przytakuje życiu, nawet najbardziej tragicznemu, nie deprecjonuje upływającego czasu. Jest pozbawiona irracjonalnych ograniczeń religii abrahamowych, ich uroszczeń i monopolu na prawdę, oraz ich jałowego moralizmu. Jest całkowicie z tego świata, jest doczesna, oraz wciąż nieodgadniona i niedopowiedziana. Dlatego wciąż pozostaje nierozwiązaną zagadką życia na Ziemi.

Share

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!

Bawi mnie to, jak polscy katolicy odwołują się do przykazania: “Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Nie wiedzą lub też nie chcą wiedzieć, że jest to przykazanie żywcem wyjęte z żydowskiego dekalogu. Dekalogu, który funkcjonuje od pradawnych czasów, od kiedy żydzi mają swojego boga plemiennego Jahwe (nie użyję słowa bożka, jak lubią to robić wyznawcy wszelkich “objawionych” religii w stosunku do religii politeistycznych, “pogańskich”). Jahwe jest i do dziś henoteistycznym bóstwem żydów zaadoptowanym przez chrześcijan jako Bóg Ojciec. A co do obcości, to przecież żydowski bóg jest bogiem dla naszych przodków całkowicie obcym. Cała akcja chrystianizacyjna wygląda tak, jakby miejsce naszego ojca zajął obcy – nazwijmy go “ojczymem” (mówiący do tego niezrozumiałym przez nas językiem), a miejsce naszej matki zajęła obca kobieta – “macocha”. Potem zamordowali oni naszych rodziców. I jakby było tego mało, zniszczyli jeszcze wszystkie pamiątki, jakie pozostały po naszych rodzicach, a które wpadły im w ręce. Następnie zabili część naszego rodzeństwa świadomego tego gwałtu i bezprawia. Po czym zakazali nam nazywać naszych biologicznych rodziców, tak jak się zawsze ich nazywa, tj. ojcem i matką – i sami uzurpowali sobie prawo do tego miana! Tak jest z chrześcijaństwem właśnie, które dla dla naszych przodków było zupełnie nową, obcą i przybraną – w ramach przymusowego, politycznego prozelityzmu – religią (w Rzymie w IV w., a na ziemiach polskich w wieku X). Nasi przodkowie nie mieli wyboru – odtąd na ojczyma i macochę musimy mówić (ale czy wszyscy?): ojcze i matko. Prawdziwi rodzice zostali zabici i zapomniani (?). Niemal wszelki ślad po nich zaginął. A jeśli ktoś chciałby ich poznać, usłyszy: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną! Inaczej mówiąc – to my jesteśmy twoimi prawdziwymi rodzicami… To ja jestem twoim prawdziwym ojcem od samego początku, od twojego narodzenia. Nie waż się nawet wypowiadać imienia tego “bałwana” i oddawać mu cześć i pokłony!

Ile w tym prawdy? Niech każdy sam sobie rozważy.

Share

Czy katolicyzm obumarł, czy zawsze był martwy?

Żyjemy w społeczeństwie deklarującym, że jest katolickie. Truizmem jednak jest stwierdzenie, że katolicyzm sprowadza się tylko do zewnętrzno-publicznej obrzędowości – udziału w mszach niedzielnych i świątecznych, pielgrzymkach, chrzcinach, komuniach, weselach i pogrzebach. I tyle z całego katolicyzmu. Poza tym religia ta, przedstawiająca się jako niezwykle etyczna, nie ma większego, moralnego wpływu na życie codzienne katolików — na etykę społeczną na co dzień. Społeczeństwa katolickie wcale nie są bardziej moralne od zsekularyzowanych społeczeństw Zachodu.

Czyżby ta religia była wewnętrznie obumarła? Może dlatego jej oddziaływanie etyczne jest takie znikome.

Według mnie od samego początku swego istnienia eksperyment chrześcijańsko-katolicki był wielką pomyłką, jak bolszewizm w Rosji. Władcy imperium rzymskiego, którzy popierali tę religię i faktycznie przyczynili się do jej zwycięstwa, obiektywnie rzecz biorąc, należą do grona najbardziej niegodziwych tyranów wszech czasów (wystarczy prześledzić żywoty „wielkich” katolickich: Konstantyna, Teodozjusza oraz ich dzieci). Religia ta zamiast wznieść moralność publiczną na wyższy poziom w chylącym się ku upadkowi Rzymowi, przyspieszyła tylko jego śmierć, m.in. propagując wartości antyspołeczne, w tym celibat i życie w odosobnieniu jako chrześcijański ideał. Zaledwie dwa pokolenia rzymskich Europejczyków przeżyło pod jarzmem nowej religii, kiedy Zachód (najmniej przekonany do chrześcijańskiej nowinki religijnej ze Wschodu) runął pod naporem nielicznych hord barbarzyńców. Uprzednio jednak katolicyzm jako religia zaprowadzona przemocą wprowadził w świecie grecko-rzymskim niebywałą obłudę i hipokryzję jako normę postępowania społecznego. Żeby normalnie żyć trzeba było udawać, że się wierzy po katolicku w Chrystusa, Boga trójjedynego, Maryję dziewicę i wszystkich świętych. Co jednak mógł sobie myśleć taki przeciętny mieszkaniec pierwszego na świecie imperium chrześcijańskiego, kiedy z dnia na dzień niedawno jeszcze politeistyczne państwo zakazało nagle odprawiania uświęconych tradycją publicznych i prywatnych rytuałów ku czci Nieśmiertelnych Bogów? Kiedy religia zwana dotąd przez światłych obywateli Rzymu „żydowskim zabobonem”, nagle stała się wyznaniem cesarza, jego dworu oraz całego Imperium.

Biskup i filozofia

Kontrowersyjny biskup — za sprawą swej współpracy z wywiadem PRL — St. Wielgus twierdzi, że: “to chrześcijaństwo zjednoczyło wszystkich ludzi w jedną wspólnotę braci i sióstr będących dziećmi tego samego Ojca — Boga. Chrześcijaństwo rozwijało też naukę i ratowało przed zagładą skarby antycznej, pogańskiej kultury”. Kto jednak jako tako jest obeznany w historii starożytnej wie doskonale, jak wyglądało to zjednoczenie; wie także, jak chrześcijanie ratowali przed zagładą skarby antycznej, pogańskiej kultury…

Nie inaczej było na ziemiach polskich — „pokojowa chrystianizacja” odbywała się według znanego wcześniej w chrześcijańskiej Europie scenariusza. Kościół miał już duże doświadczenie w burzeniu „bałwanów” i eksterminacji ich „szatańskich” wyznawców.

A może chrześcijaństwo zasymilowało to, co jest najcenniejsze z kultury starożytnej, jak twierdzą niektórzy? W pierwszej chwili przychodzi nam oczywiście na myśl św. św. Augustyn i Tomasz z Akwinu, którzy przecież nawiązywali do dorobku starożytnych filozofów: Platona i Arystotelesa. Jednak to jest wszystko, co z całego dorobku filozoficznego starożytności udało się Kościołowi zasymilować! Wielu innych znakomitych filozofów oraz myślicieli, także religijnych, nie udało się już skatoliczyć. Cóż dużo opowiadać, pierwsi chrześcijanie zupełnie nie tolerowali „pogańskiego kultu bożków”, roszcząc sobie pretensje do reprezentowania „JEDYNEJ PRAWDY i DROGI” — wyłączności w misji nawracania i “zbawienia człowieka”. Zupełnie obco brzmiały w ich uszach słowa Rzymianina Symmachusa — obrońcy tradycji politeistycznego Rzymu, który walcząc o religijny pluralizm w swojej ojczyźnie, twierdził, że “jedna droga nie wystarczy do poznania tak wielkiego sekretu”, jakim jest Bóg, transcendencja, czy sens ludzkiej egzystencji. Chrześcijański fanatyzm i ignorancja nie mogły przyczynić się w jakimkolwiek stopniu do ocalenia dorobku kulturalnego „pogan”, ale musiały przynieść tylko jedno — zagładę całej grecko-rzymskiej cywilizacji. Była to całkowicie naturalna konsekwencja tego typu światopoglądu i systemu wartości — „nie z tego świata” — wrogiemu temu światu, „znajdującemu się pod władzą demonów i Szatana”, i naznaczonemu, jak wierzą chrześcijanie, „grzechem pierworodnym” prarodziców rodzaju ludzkiego.

Czym są wobec tego wartości chrześcijańskie dla tzw. pogan? To nie tylko głupstwo, jak mawiał św. Paweł. To całkowite odwrócenie świata wartości przedchrześcijańskich, antycznych, słowem — „pogańskich”. Nie łudźmy się, nie było i nie ma tu żadnych kompromisów! Aut, aut. Albo, albo. Innej możliwości nie ma. Albo humanizm, albo dehumanizacja. Albo kultura jako moc potęgująca doczesne życie w rozmaitych jego aspektach, albo „kultura” ludzkiej niemocy, wyrzekającej się wartości doczesnych, jakoby naznaczonych piętnem Szatana.

Paganus semper victrix

By w pełni zrozumieć świat pojęć i wartości ojca duchowego nowego wyznania wiary (nie można zapominać o tym, że faktycznym twórcą chrześcijaństwa jako religii dla żydów i nie-żydów był nawrócony faryzeusz Szaweł z Tarsu) Żyda Jezusa, trzeba się najpierw wyzbyć swej europejskości, całego tego politeistycznego „pogaństwa” — stać się duchowym, monoteistycznym, a właściwie henoteistycznym (Jahwe był dla żydów bogiem plemiennym, konkurującym z innymi „obcymi” bogami) żydem. Mało tego trzeba spojrzeć na świat z dołu, z perspektywy nizin społecznych, samego dna ludzkiej egzystencji, gdzie jedyną „bronią” jest bierność i niesprzeciwianie się złu.

Jednocześnie spójrzmy na zwycięskich „uczniów” Jezusa, kiedy panują. Jakże się oni wtedy zmieniają! W czym wówczas przypominają chrystusowy ideał? W niczym. Wady pogańskie w ich chrześcijańskich żywotach się tylko potęgują. Niektórzy nazywają to naturą ludzką. Jednak tutaj zdecydowanie przeważa ciemna jej strona: dzieciobójstwa, bratobójstwa, masowe mordy własnych poddanych na niespotykaną dotąd skalę — znaczą kolejne lata ich panowania. Kościołowi jednak wcale to nie przeszkadza, by nazwać ich wielkimi lub świętymi. Jan Stachniuk nazwał to perwersyjnym instrumentalizmem chrześcijaństwa, które dla utwierdzenia swych antyhumanistycznych wartości, perwersyjnie, bo niezgodnie z duchem chrześcijańskim wykorzystuje „instrumenty” i metody jak najbardziej z tego świata — słowem „pogańskie”. Dlatego też katolik nigdy nie osiągnie swego chrześcijańskiego ideału na tym świecie — bez użycia miecza i z nadstawianiem drugiego policzka swoim wrogom; zawsze będzie musiał sięgać po niezawodny „pogański” arsenał władzy, mocy i panowania z tego świata. Jeśli chce urzeczywistnić wartości tego świata, „pogaństwo” zawsze w nim zwycięży.

Chrystusowe nauki

Życie Jezusa jest mało porywającym i mało rozbudzającym heroiczną wyobraźnię przykładem dla kogoś, kto od dzieciństwa obcuje z herosami „pogańskich” mitów. Dlatego np. mnie, wychowanemu na mitach Hellady i Rzymu, tak łatwo przychodzi zrozumienie idei i myśli kogoś takiego jak cesarz Julian, przez chrześcijan wciąż zwany jest Apostatą, a przez politeistów – Wielkim (w mojej opinii był to ostatni Europejczyk i ostatni najbardziej ludzki i etyczny władca na rzymskim tronie. Później byli już tylko judeochrześcijanie — katolicy i ortodoksi. Europejskie ciała, ale duch nie stąd). Zastanówmy się przez chwilę, cóż bowiem i dla Wielkiego Juliana mógł znaczyć najbardziej heroiczny i zuchwały zarazem wyczyn Jezusa, jakim była słynna – przy użyciu siły fizycznej — napaść na kupców w jerozolimskiej świątyni? Cóż to za bohaterstwo wobec nadludzkich i heroicznych czynów, jakich na co dzień dokonywali starożytni herosi Hellady i Rzymu, czy choćby już nie mityczny, ale w pełni historyczny: Aleksander Wielki czy Juliusz Cezar?

Z drugiej strony i nam po dwóch tysiącach lat w uszach czasami pobrzmiewa chrystusowa nauka, której nawet sami katolicy nigdy nie wprowadzili w życie, bo też nigdy by nie zdobyli panowania w świecie grecko-rzymskim. Kto mieczem wojuje, od miecza zginie — powiada Chrystus. „Poganin” odpowie: mam więc nie chwytać za broń? Pozwolić wrogowi, by mnie pognębił, zdeptał, zabił mnie i moich najbliższych — bez słowa sprzeciwu oraz czynnego oporu? Mało tego mam mu nadstawić drugi policzek? Oddać prześladowcy dosłownie wszystko – nawet ostatnią „szatę”. Nie sprzeciwiać się złu… Mam też sprzedać wszystko i rozdać ubogim? Mam naśladować boże zwierzątka, ptaszki, które nie troszczą się o odzienie, pożywienie, o jutro? Takie oto wskazówki są synonimem chrześcijańskiego postępu etyczno-moralnego ludzkości. Jest to droga wiodąca do chrześcijańskiej świętości i bynajmniej nie bezinteresowna. Bo któż z nas postępuje bezinteresownie na tym świecie? Nawet święci katoliccy tak nie postępują! Gdyż świętym można się stać tylko w imię nadziei na lepsze życie po śmierci – jako nagrodę za doczesne wyrzeczenia i służbę bliźnim, która nas ostatecznie wyzwoli z całego tego doczesnego „pogaństwa”, nędzy i „barbarzyństwa”. To jest taka swoista, bo przeniesiona w życie po życiu gratyfikacja. W warunkach zagrożenia głodem, chorobami prowadzącymi do szybkiej śmierci, takie wskazówki wydają się być całkiem zrozumiałe. Bo cóż wówczas ryzykujemy? Ale w chwili, kiedy człowiek zaczyna zdobywać panowanie nad żywiołami przyrody, kiedy jego moc się potęguje, a on sam cieszy się znakomitym zdrowiem, świetnym samopoczuciem i żyje w dobrobycie — wartości chrześcijańskiej świętości tracą na znaczeniu w życiu doczesnym i odchodzą do lamusa. Pozostaje jedynie obrzędowość jako uświęcona tradycja. Obserwujemy to zjawisko w katolickiej Polsce. W święta i niedziele zobaczymy tłumy w kościołach, często jednak motywem decydującym o uczestnictwie w nabożeństwach jest strach przed doczesnymi konsekwencjami — pozagrobowe już chyba dawno zeszły na plan dalszy. Żeby tylko nie spotkać się z nieprzyjemnym ostracyzmem sąsiadów; inwektywą: bezbożnik, dlatego dobrze jest udawać, że się jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Chociaż nikt nie będzie nam wybijał zębów za niezachowanie postu, jak za czasów arcykatolickiego króla Bolesława — zwyczaj ten i tak już bez zewnętrznego przymusu jakoś tak wszedł wielu Polakom w krew siłą naśladowczego przyzwyczajenia niczym mycie zębów wieczorem i rano; za otwarte przyznawanie się do niewiary nikt nie będzie skazywał nas na śmierć, jak za Jana III Sobieskiego, obłuda i hipokryzja jednak pozostały jako zasadniczy rys chrześcijaństwa. Dlatego w społeczeństwie na wskroś katolickim, jak nasze, zawsze lepiej uchodzić za letniego katolika niż uczciwego „bezbożnika” (nieprawda, że jak Boga nie ma to wszystko wolno!) czy ideowego ateistę. Jeśli więc coś nadal żyje w katolicyzmie — to tylko obrzędowość, hipokryzja i obłuda; religia jako system etyczny obejmujący swoim zasięgiem ogół społeczeństwa, tak naprawdę nie istnieje — i pomimo fizycznego przymusu w przeszłości — nigdy wcześniej nie istniała.

Share

O obrazie uczuć religijnych i modlitwach katolików za nie-katolików.

Rano słuchałem i ogłądałem Jacka Żakowskiego w TVN, który podczas codziennego przeglądu prasy słusznie zauważył, że ostatnio nadużywa się w Polsce i na świecie pojęcia obrazy uczuć religijnych.

Przypomniał mi się przy tym pewien przypadek z Kanady, kiedy pewien Polak podszedł do muzułmanina trzepiącego dywan i zapytał. - I co? Nie chce latać? To wystarczyło oburzonemu muzułmaninowi, żeby pozwać Polaka za… obrazę uczuć religijnych.

Ostatnio np. pomorscy posłowie PiS złożyli w Prokuraturze Rejonowej w Gdyni zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa obrazy uczuć religijnych przez Adama Darskiego – Nergala. Pod doniesieniem do prokuratury podpisali się posłowie PiS Andrzej Jaworski, Jolanta Szczypińska (to ta ze zdjęć w “Fakcie” z różą w zębach podczas schadzki z księdzem), Zbigniew Kozak oraz b. eurodeputowana Hanna Foltyn-Kubicka. Sprawa dotyczy koncertu z września 2007 roku w klubie “Ucho” w Gdyni, podczas którego Darski podarł Biblię i rozrzucił jej strzępy wśród publiczności. Potem kartki miały zostać spalone przez fanów zespołu. Wokalista Behemotha miał też powiedzieć, że Kościół katolicki to “zbrodnicza sekta”. W zawiadomieniu do prokuratury posłowie PiS twierdzą także, że w tekstach utworów Darski nieustannie szerzy nienawiść religijną.

Oczywiście minęło ponad 2 lata, ale dopiero teraz posłowie PiS-u przypomnieli sobie, że Nergal obraził kiedyś ich uczucia religijne. Co za hipokryzja! Co za obłuda!

Chciałbym jednak nawiązać do nieco innego tematu. Mnie np. drażni jak przedstawiciele “jedynej prawdziwej religii” modlą się za tych, którzy sobie tego nie życzą. Modlą się oczywiście o “nawrócenie” pogan, żydów, muzułmanów, ateistów… Za wszystkich grzeszników świata…

Uważam, że jest to niedopuszczalne nadużycie. Przejaw jakiejś czarnej magii chrześcijańskiej. Swoistego spamu (mówiąc współczesnym językiem internautów), którego ja np. sobie nie życzę. I to właśnie uważam za obrazę moich uczuć religijnych. Nie życzę sobie, żeby jakiś katolik modlił się za mnie do śmiertelnej kobiety, która żyła sobie ok. 2000 lat temu w odległej Galilei, czy jakiegoś innego “świętego” śmiertelnika, a nawet chrześcijańskiego Boga, który przecież nie nie jest moim Bogiem. Bo ja nie jestem chrześcijaninem zarówno z przekonań jak i wiary. Nie chcę naśladować Jezusa (poza jednym może aspektem – piciem wina) i świętych katolickich!Może dlatego nazywają mnie apostatą, odstępcą. Cóż, nie jest to jeszcze największa obelga. Wręcz przeciwnie. To zaszczyt, kiedy ma się za patrona tego odstępstwa Wielkiego Juliana, który przecież nie porzucił religii przodków, ale do niej powrócił. Ja też wolę czytać Homera niż ewangelie wszystkich nawet razem wziętych ewangelistów (łącznie z objawieniem Jana).

A poza tym wszystkim zgadzam się z posłami PiS-u w jednym. Dość nienawiści! Zatem kochajcie dziewczyny duchownych. Uczcie się od posłanki Szczypińskiej, jak kochać księży. Może wreszcie wszyscy porzucą te czarne sutanny? I zostaną w końcu przykładnymi mężami i ojcami. A Polska stanie się normalna, tzn. mniej przypominająca dzisiejszy Iran, gdzie rządzą kapłani nie z tego świata, wciąż pouczający nas, co jest dobre, a co złe na tym świecie. A do tego modlący się za nas, choć sobie tego w ogóle nie życzymy. Dość tej chrześcijańskiej czarnej magii, która miałaby z nas uczynić “umarłymi dla tego świata” – najpiękniejszego ze wszystkich znanych nam światów! Dość tego chrześcijańsko-modlitewnego spamu niby w dobrej wierze!

Share

Odważny profesor o Rydzyku bez ogródek

W grudniowym numerze tygodnika “Fakty i Mity” ukazał się wywiad z prof. dr. hab. Janem Hartmanem z Wrocławia. Fragmenty wywiadu można przeczytać także na stronie http://www.lewica.pl

Wreszcie jakiś odważny polski profesor odważył się powiedzieć całą prawdę o Rydzyku.

Prof. Hartman mówi m.in.: - Nie czytałem “doktoratu” Rydzyka i nie zamierzam. Jednak z tytułu pracy oraz publicznych wypowiedzi recenzentów wynika, że jest to tekst wychwalający działalność Radia Maryja, a więc dzieła stworzonego przez autora pracy. To tak, jakbym ja napisał doktorat na temat swoich własnych prac, napisanych wcześniej — interpretował je, chwalił, bronił przed zarzutami. To szydercza kpina i każdy, kto ma minimalne choćby pojęcie o wymogach pracy doktorskiej i zwyczajach akademickich, doskonale o tym wie. Nie mam wątpliwości, że wiedzą również panowie z UKSW i recenzenci Rydzyka. Swoją drogą o Radiu Maryja trzeba pisać prace doktorskie i wierzę, że takowe powstaną…

Ja nie słucham, ale czytam wiele doniesień prasowych, w których cytuje się podłości, jakie płyną z anteny na temat Żydów, liberałów, Unii Europejskiej, polityków nie należących do skrajnej prawicy… Ale niech sobie gadają, co chcą — cieszmy się, że żyjemy w wolnym kraju, czego plugawa mowa jest oczywistym objawem. Wracając zaś do pytania: problem Radia Maryja i całego imperium Rydzyka nie polega na jego osobie ani nawet na tym, co wygadują jego publicyści. Problem polega na całkowitej bezradności państwa w stosunku do imperatora.

Uzależnienie urzędników, ich strach przez Rydzykiem i niskie rachuby na łaski z jego strony doszły do groteskowych rozmiarów za rządów PiS-u. Te kawalkady rządowych wozów ciągnące do Torunia na wezwanie “ojca dyrektora”… Do dzisiaj dygnitarze partii na każde skinienie padają do nóg Rydzyka, a on może ich łajać do woli. Można by się śmiać albo współczuć upokorzonemu Ziobrze, jadącemu świat drogi na imieniny toruńskiego plenipotenta, ale tak naprawdę, to jest groza. Dla Rydzyka napisano specjalną ustawę, by nie musiał ponawiać wniosków o przedłużenie koncesji na nadawanie programu. Przeprowadził nielegalną zbiórkę publiczną (“na stocznię”), której nie rozliczył. Pieniądze zniknęły, a on nie poniósł żadnej kary. Gra na nosie prokuratorom, urzędom skarbowym, władzom Torunia. Stoi de facto ponad prawem. I pomyśleć, że wszystko to dzięki nędznemu strachowi jednych i służalczości innych. Nawiasem mówiąc, jestem szczerze wdzięczny Rydzykowi, bo jak nikt inny objawia słabość i bezradność aparatu państwowego. Pokazuje, jak długa jest jeszcze przed nami droga do państwa prawa.

Z punktu widzenia konstytucji, Polska jest krajem demokratycznym i świeckim, lecz na poziomie ustaw pojawia się już faworyzowanie katolicyzmu (ustawa medialna, ustawa oświatowa). Jednak gdyby tylko czytać ustawy, nie można by orzec, że Polska jest krajem wyznaniowym. Inaczej sprawa przedstawia się w praktyce — katolicyzm jest doktryną oficjalną państwa, co wprost potwierdza obecny prezydent. Symbole religijne, księża, katolickie błogosławieństwa i kazania towarzyszą życiu publicznemu na każdym poziomie. W sejmie wisi krzyż, w pałacu prezydenckim jest kaplica. Rytuał państwowy ściśle splata się z rytuałem religijnym. Okazuje się, że w niektórych sferach życia Kościół ma słowo decydujące, na przykład w kwestiach bioetycznych.

Swoją drogą do Rydzyka pasują słowa Lukiana:

Jeśliby więc wkręcił się między nich (tj. chrześcijan) szarlatan jaki, oszust, umiejący zabrać się do rzeczy, może się na poczekaniu porządnie obłowić, tumaniąc prostaków.

Share

Robert Tekieli jako zagrożenie duchowe i umysłowe

Robert Tekieli ex-anarchista, a także człowiek niegdyś “opętany przez demona”, dziś jest fanatycznym przeciwnikiem wszystkiego, co nie jest ortodoksyjnie katolickie. Dlatego chyba jego wykłady w formie rekolekcji rodzą niepokój i negatywne reakcje organizmu. Znam kobietę, którą dosłownie rozbolała głowa, kiedy słuchała jego „ględzenia”, jak sama nazwała wykład Roberta Tekielego (zamieszczony na stronie egzorcyzmy.katolik.pl). Dlaczego? Dlatego zapewne, że Tekieli tym swym negatywnym “ględzeniem” o tzw. zagrożeniach duchowych, sam jest wielkim zagrożeniem dla naszego zdrowia psychofizycznego! Wmawia swoim słuchaczom, że są jakieś złe demony, diabelskie demony, które i na niego miały kiedyś wielki wpływ. Bo to dzięki nim ponoć Tekieli potrafił przekazywać energię na odległość (co podobno odczuł pewien mężczyzna na kursie metody Silvy); wchodząc do pojazdu komunikacji miejskiej “opętany” Robert odczuwał bóle różnych organów wewnętrznych, bo współodczuwał z chorymi jadącymi w tychże pojazdach; potrafił także leczyć chore zwierzęta… W końcu jednak postanowił pomodlić się o uwolnienie od tych “demonicznych darów”, sprawiających czasami niemiłe dolegliwości… i odtąd jest „zdrowy” (do kogo się modlił? Tego nie powiedział, ale chodziło mu zapewne o Boga chrześcijańskiego w trzech osobach i może jeszcze matkę, Żydówkę Miriam-Maryję, jednej z owych osób boskich, tj. człowieka-Boga Jeszuy – Jezusa). Żydowski Bóg najwidoczniej pomógł, bo dziś Tekieli jest zdrowym na ciele i umyśle katolikiem (choć słuchając jego wykładów można odnieść inne wrażenie)! Ale powinien zdać sobie sprawę, że i najlepsi katolicy chorują na różne choroby umysłowe, na raka, Parkinsona czy Alzheimera. I to bez żadnego wyjątku. Nawet ci najświętsi!

Moim zdaniem Tekieli swoimi wykładami robi wielką szkodę, ponieważ z przekonaniem wmawia ludziom negatywne działanie demonów, które jakoby mają im szkodzić. I wielu wrażliwych ludzi zapewne w to uwierzy, i zacznie doszukiwać się złych demonów i Szatana oraz podszeptów tego Złego w swoim życiu. Dlatego co wrażliwsze jednostki szczególnie narażone są na negatywne oddziaływanie pseudoterapii tego świeckiego egzorcysty. Dodajmy, że dla Tekielego niebezpieczne jest niemal wszystko – poza różańcem i konfesjonałem. Niebezpieczne są m.in. karty tarota, wszelkie wróżbiarstwo, nawet leki homeopatyczne (jak sam przyznaje, żona nie słuchała go, kiedy przekonywał ją, iż podawanie leków homeopatycznych dzieciom jest grzechem, ale, dzięki Bogu, proboszcz w końcu wpłynął na nią i przekonał), niebezpieczne jest także japońskie aikido, amulety, muzyka techno (wzorowana na szamańskich bębnach), a nawet… pozytywne myślenie (tak!).

Robert Tekieli powinien uzmysłowić sobie to, że jeszcze 2000 lat temu nikt w Europie nie słyszał o żydowskiej sekcie chrześcijan. I zanim pojawili się chrześcijańscy „bezbożnicy” (tak nazywali ich nasi pogańscy przodkowie) w Europie, nasi praojcowie od samego początku świata wierzyli w Bogów i Boginie oraz ich naturalną hierarchię. Jehowa był jedynie plemiennym bogiem Żydów, a nie jakimś uniwersalnym Bogiem wszystkich ludów.

Pomimo morderczego wysiłku wyznawców judeochrześcijaństwa w Europie nie udało się jednak całkowicie wymazać z pamięci Europejczyków mitów i przypowieści o pradawnych Bogach naszych przodków. Nie udało się nawet do końca zniszczyć wszystkich ich wizerunków, choć w przeszłości były czynione takie próby – na większą czy też mniejszą skalę. A co do obcości, tj. obcych Bogów, to przecież żydowski bóg plemienny, Jahwe, był bogiem dla naszych przodków całkowicie obcym! Nasi przodkowie jednak nie mieli wyboru… Dlatego na żydowskiego ojczyma i macochę musimy dziś mówić (ale czy wszyscy?): ojcze i matko. Prawdziwi rodzice zostali jakby zapomniani, wyśmiani, sprowadzeni do świata bajki i baśni. I niemal wszelki ślad po nich zaginął. A jeśli ktoś chciałby ich poznać, usłyszy: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną! Inaczej mówiąc – to my jesteśmy twoimi prawdziwymi rodzicami… To ja jestem twoim prawdziwym ojcem od samego początku, od twojego narodzenia! Nie waż się nawet wypowiadać imienia tego “bałwana” – oddawać mu cześć i pokłony! Ile w tym prawdy? Niech każdy sam sobie rozważy. Cóż, jesteśmy jak ci wynędzniali potomkowie Indian, którym zniszczono ich własną religię i zastąpiono jedynie “słuszną” i “prawdziwą”, tj. judeochrześcijańską.

Dziś tylko wąska grupa strożytnych historyków wie, iż politeistyczni Rzymianie byli znani w całym świecie ze swej religijności; także Ateńczycy, o których pisze Pauzaniasz, iż „odznaczali się o wiele większą niż inne ludy gorliwością religijną. Oni pierwsi nazwali Atenę Robotnicą (Ergane), pierwsi wznieśli popiersia Hermesa, mają też w świątyni bóstwo Zapobiegliwości, tj. Spudajon Dajmon”. Dajmon, czyli demon nie był więc oznaką złego, ale dobrego (trudno np. Zapobiegliwość nazwać czymś złym!). To był naturalny i duchowy porządek w Europie. I ten naturalny porządek rzeczy odmieniło dopiero panujące politycznie chrześcijaństwo, a następnie wojowniczy islam, czyli „objawione” religie „nie z tego świata”. Niczym wściekła i zwodnicza rewolucja przetoczyły się przez świat. I jak niszczycielski huragan, i tornado niszczyły wszystko, co było im obce. Obiecując przy tym swym gorliwym wyznawcom i męczennikom za wiarę życie zdecydowanie lepsze niż na tym “łez padole” i do tego wieczne, ale dopiero… po śmierci. Nikt tego oczywiście nie mógł i nie może sprawdzić, ale każdy, kto uwierzy, za tę obietnicę zapłaci każdą cenę. Nawet Szatan, gdyby istniał, pewnie nie wymyśliłby czegoś równie zwodniczego i oszukańczo-perfidnego!

——————————————————————-

ROBERT TEKIELI, publicysta, wydawca, producent i dziennikarz telewizyjny oraz radiowy, felietonista Gazety Polskiej. Mąż Olgi, ojciec sześciorga dzieci. Założyciel i redaktor kwartalnika „Brulion”. W latach 1998-2005 przewodniczący i członek Rady Programowej TVP. W latach 2001-2003 dyrektor programowy Radia Józef należącego do archidiecezji warszawskiej. W latach 2005-2006 zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Ozon”. Autor m.in. cyklu książek „Popularna encyklopedia New Age”, programów radiowych „Pocieszenie i strapienie” (radio Józef) „Encyklopedia New Age dla chrześcijan” (m.in. Radio Jasna Góra, radio Niepokalanów); programu telewizyjnego „Jarmark cudów”; jest też redaktorem strony www. newage.info.pl. W 2009 roku ukazała się pierwsza część „Leksykonu zagrożeń duchowych” jego autorstwa (hasła A-H).

Jeśli rozpoznałeś U SIEBIE niepokojące Cię objawy:

WYRZUĆ / ZNISZCZ wszystkie przedmioty związane z zangażowaniem, które budzi Twoje wątpliwości lub które uważasz za szkodliwe,

poszukaj KAPŁANA, który zrozumie Twój problem, będzie Ci towarzyszył i przygotuje Cię do SPOWIEDZI, jeśli masz z tym kłopot napisz, postaramy się pomóc,

spróbuj codziennie czytać PISMO ŚWIĘTE,

rozpocznij walkę o codzienną MODLITWĘ, na początek choćby 5 minut, najlepiej o stałej porze,

nigdy i niczym się nie zniechęcaj.

Jeśli niepokojące objawy rozpoznałeś U OSOBY BLISKEJ:

zacznij modlić się i pościć w jej intencji,

możesz też dodatkowo powierzyć Ją modlitwie osób uczestniczących w krucjacie modlitwy za osoby zagrożone przez okultyzm, sekty i toksyczne praktyki NEW AGE napisz.

Jeśli potrzebujesz pomocy prawnej dzwoń.

Jeśli chciałbyś pomagać swą modlitwą i wyrzeczeniami osobom uwikłanym / zagrożonym prze okultyzm, sekty czy toksyczne duchowości napisz do nas. Od 2007 roku trwa KRUCJATA MODLITWY ZA OSOBY ZAGROŻONE PRZEZ OKULTYZM, SEKTY I TOKSYCZNE PRAKTYKI NEW AGE.

ZAPRASZAMY NA

Rekolekcje poświęcone

zagrożeniom duchowym

okultyzm — new age — spirytyzm — joga — OBE

hipnoza — bioenergoterapia — tarot — reiki — feng shui

homeopatia — Harry Potter – Silva

02 — 05 kwietnia 2009

Godz. 18:00

Kościół OO. Franciszkanów w Gnieźnie

Rekolekcje prowadzi m.in.

Robert Tekieli, znany dziennikarz i publicysta

Jeżeli

• fascynowałeś się new age?

• byłeś u uzdrowiciela?

• chciałeś poznać przyszłość u wróżki lub poprzez karty tarota ?

• szukasz wewnętrznej równowagi?

• w twoim życiu pojawiły się problemy, których źródła nie potrafisz wyjaśnić?

PRZYJDŹ! TE REKOLEKCJE SĄ DLA CIEBIE!

Dowiesz się:

- jak odnaleźć duchową równowagę

- jak pomóc najbliższym zagubionym duchowo

Sobota, godz. 18:00 — modlitwa o uwolnienie od wpływów złego ducha

Niedziela, godz. 18:00 — modlitwa o uzdrowienie

Organizator: Gnieźnieńskie wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym

m.in. ze strony newage.info.pl

Pomódlmy się w intencji Tekielego do Ateny i Hermesa, by z oczu jego spadły łuski, które spowodowały, że umarł dla tego świata, dając się zwieść jakiemuś złemu demonowi, podającemu się za dobrego, który obiecał mu, że żyć będzie wiecznie, ale dopiero… po swojej śmierci. Nie marnuj swego życia bracie za czcze obietnice kuglarzy dla prostaków!

Share